Pilot wojskowy, misje UNPROFOR i UNIKOM.Publicysta. Wykładowca. Patriota nietolerujący inwektyw i sieciowego tchórzostwa. Lubisz: https://xitter.cf/t.co/pPHnCSlNfq

Skierniewice, Polska
Joined August 2016
UWAGA! To nie jest tekst o polityce, ta mnie guzik obchodzi Ukazał się raport organizacji Alliance4Europe na temat rosyjskiej roli w nakręcaniu nastrojów w Europie wykorzystując realne wydarzenia we Francji i w innych stolicach Europy. To jest omówienie raportu o dezinformacji. I tyle. Skupiam się na dezinformacji, a same wydarzenia mało mnie interesują, bo NIE O TO CHODZI. Amplifikacja oportunistyczna Może to trochę dziwnie brzmi, amplifikacja oportunistyczna. Ale to bardzo prosta i łatwa do wytłumaczenia metoda działania. Amplifikacja to wzmocnienie, podsycenie, zaś „oportunistyczne” w tym wypadku oznacza „wykorzystujące nadarzającą się okazję”. Okazją jest rzeczywiste wydarzenie, lub cały ciąg wydarzeń, większe lub mniejsze. Należy tylko dokleić do tego odpowiednie informacje zniekształcające kontekst, lub fałsz przyczepiony do prawdy, by powstała narracja, nakierowująca odbiorcę na właściwy przekaz, taki jakiego oczekuje dezinformujący. W ten sposób można kształtować nastroje i emocje społeczne w pożądanym kierunku, wykorzystując dowolne zdarzenie losowe. Pijany obywatel spowodował wypadek samochodowy w którym zginęła jakaś osoba, a wystarczy dodać, że to był Ukrainiec. Czasami jest to robione w bardziej subtelny sposób. Na przykład wypadek w Szczecinie z marca 2024 r., spowodowany przez pijanego Polaka, został bardzo ciekawie wykorzystany. Internet obiegły posty ze zdjęciem samochodu sprawcy z literką na „Y” końcu i komentarzem, że ta literka jest przydzielana do rejestracji samochodów zarejestrowanych przez obywateli z polskim peselem, ale bez polskiego obywatelstwa. A to wskazywało wyraźnie na Ukraińca. Takie sytuacje są wykorzystywane na okrągło przez Rosjan. Z kolei napady Polaków na Ukraińców są dla odmiany szeroko rozpowszechniane na Ukrainie, w ich przestrzeni informacyjnej, ale nie robią to Ukraińcy (choć też), ale rosyjskie farmy trolli, odpowiednio te doniesienia zniekształcając, by wywołać gniew i złość. Ta spreparowana narracja ma wspierać jeden z głównych przekazów obowiązujących w rosyjskiej wojnie informacyjnej albo wprost, albo metodą oddziaływania refleksyjnego, czyli tak, by odbiorca „połączył kropki” i sam wyciągnął „właściwe” wnioski. Francuski przypadek Podobnie jak w innych przypadkach amplifikacji oportunistycznej, same zamieszki w Paryżu nie zostały wywołane przez Rosjan. Ale pewne oddziaływanie i gra na emocjach jednak była. Rosjanie jak się okazuje, doskonale znali społeczne nastroje, problemy różnych grup społecznych we Francji, ich emocje i bolączki. Działała tu zarówna miejscowa francuska agentura współpracująca z rosyjskim wywiadem, ale także pomaga tu internetowa analiza tzw. big data. Analizując za pomocą modeli językowych LLM miliony profili Francuzów w mediach społecznościowych szybciej zdali sobie sprawę, co „boli” francuskie społeczeństwo, niż same władze w Paryżu. Działania mające na celu sztuczne podgrzanie nastrojów społecznych przed protestami z 17 października były prowadzone w sposób precyzyjny i wielotorowy. Rosyjski aparat dezinformacyjny skoncentrował się na przechwyceniu realnych obaw społecznych i przekierowaniu ich na cele geopolityczne, zgodnie z własnymi potrzebami. Według raportu, „w okresie 6 tygodni poprzedzających protesty (od września do 14 października) sieć botów powiązana z operacją Doppelganger opublikowała 639 zsynchronizowanych wiadomości w 22 falach. Wpisy te ukazały się w języku francuskim, niemieckim, angielskim i polskim, wygenerowawszy łącznie około 7,4 mln wyświetleń. Ostatnią falę odnotowano 14 października, dokładnie na trzy dni przed planowanymi protestami”. Wyjaśnijmy tu, że operacja typu Doppelganger to publikowanie spreparowanych przez dezinformacje artykułów na stronach podszywających się pod oficjalne media. Boty przekierowywały użytkowników przez ponad 50 tymczasowych domen (głównie z rozszerzeniem .ch) do artykułów opublikowanych na stronach podszywających się pod znane redakcje, takie jak Le Parisien, Le Point czy Der Spiegel. Co ciekawe, artykuły o jednakowej treści potrafiły się w ciągu pięciu minut pojawić w dziewięciu językach na takich fałszywych portalach udających różne znane media. Linki do tych artykułów boty masowo wklejały w media społecznościowe. Wykorzystano tu emocje „ekonomiczne” (bo takie jest faktyczne podłoże tych prawdziwych protestów, nie są wywoływane przez imigrantów, ale przez wielu młodych francuzów najróżniejszego pochodzenia), by krzewić treści przeciwko obecnej międzynarodowej polityce władz francuskich. Promowano hasła takie jak: „Chaque euro pour Kiev est un euro volé à notre prospérité commune” („Każdy euro dla Kijowa to euro skradzione z naszego wspólnego dobrobytu”) oraz wzywano do zajęcia się francuskimi szkołami i szpitalami zamiast „karmienia przemysłu wojskowego” Po wybuchu zamieszek rosyjska sieć Pravda opublikowała 1018 artykułów na 28 stronach w 9 językach (z czego 78% ukazało się już po rozpoczęciu zamieszek). Artykuły były automatycznie kopiowane z rosyjskich kanałów na Telegramie (m.in. RT, TASS, RIA, Rybar), aż 90% powielonych wpisów pojawiało w ciągu zaledwie 5 minut. Najciekawsze jest to, że jak ocenia raport: „celem operacji nie było promowanie konkretnego ugrupowania, lecz destabilizacja sytuacji politycznej we Francji i wywarcie presji, aby Paryż zaprzestał udzielania pomocy Ukrainie”. Ciekawy jest tu szczególnie wątek imigrancki, który miał swój konkretny cel, wspierający główny obecnie rosyjski przekaz, że państwa europejskie nie są suwerenne w tym sensie, że jako demokracje nie służą własnemu suwerenowi (obywatelom), lecz zupełnie obcym interesom (imigrantom bądź Ukrainie). Po wybuchu zamieszek sposób relacjonowania wydarzeń uległ wyraźnej zmianie, a narracja ekonomiczna została na użytek zagraniczny zastąpiona przekazem antyimigranckim i antyislamskim. Choć we Francji posty obwiniające imigrantów stanowiły zaledwie około 3% dyskusji, w przekazach obcojęzycznych narracja ta stała się dominująca (np. 18,7% wpisów po angielsku i 12,6% po polsku). Jak się okazuje, Amerykanie czy Polacy o wiele lepiej wiedzieli co się w Paryżu dzieje i kto za to odpowiada, niż sami Francuzi. A zatem poza destabilizacją sytuacji politycznej we Francji, postanowiono też nakręcać nastroje w innych krajach, antyeuropejskie w USA (co chętnie podchwycił J. D. Vance amplifikując i powielając rosyjską propagandę), a także antyestablishmentowe w państwach europejskich. W Europie Wschodniej forsowano narracje, że jest to wyraz zepsucia Zachodu, że Zachód zatracił swoją tożsamość chrześcijańską na rzecz islamskiej. Na przykład po pożarze ratusza w Limoges w sieci natychmiast rozpowszechniono nieprawdziwe informacje, że za atakiem stali „imigranci”, „muzułmanie” lub „sojusz skrajnej lewicy z islamistami”. W istocie główny podejrzany (34 lata) został zatrzymany przez jednostkę RAID i jest obywatelem Francji urodzonym w Paryżu i lokalnym rzemieślnikiem (cieślą). Mężczyzna ten był wcześniej znany francuskim służbom i posiadał tzw. kartotekę Fiché S (oznaczenie dla osób stanowiących zagrożenie dla bezpieczeństwa państwa) ze względu na powiązania z radykalną skrajną lewicą (ultragauche). Z emigrantami czy muzułmanami nie ma nic wspólnego. Mimo to plotka ta pojawiła się w sieci najpierw po angielsku (ok. 6 godzin wcześniej niż we wpisach francuskojęzycznych) i krążyła w języku angielskim 3,6 razy częściej niż we francuskim. I tak było dosłownie ze wszystkim. Artykuły powielały z rosyjskich kanałów na Telegramie (m.in. RT, RIA, Rybar) opowieści o „zamieszkach zmieniających się w pogromy” oraz „rewolucji migrantów” (np. teksty Juriego Podoljaki). Wpisy te miały stwarzać wrażenie, że cała Europa Zachodnia pogrąża się w chaosie i wojnie domowej z powodu polityki migracyjnej. Czyli, że władze poszczególnych państw nie panują nad sytuacją, a w ogóle to kompletnie nie służą ludziom. Tymczasem wcale nie chodziło o jakiś imigrantów czy muzułmanów, lecz zwyczajnie o pogarszanie się poziomu życia, rosnącymi kosztami, zbyt małymi wynagrodzeniami, słabo działającą edukacją, itd. Ale w innych państwach bardzo skutecznie udało się wytworzyć wrażenie, że Europa upada pod ciosami islamskiej rewolucji. Zagraniczne konta o wielkich zasięgach (m.in. Radio Genoa, Visegrad24, Tommy Robinson, Mario Nawfal) błyskawicznie przejmowały nagrania pożarów i starć, nadając im kontekst „starcia cywilizacyjnego” i „upadku Zachodu”. Rosyjską narrację powielano często, zrobił to też J.D. Vance piszący o „sprowadzeniu Trzeciego Świata do Francji przez liberałów”, a także amerykańskie stacje telewizyjne (Fox News mówiące o „międzynarodowym ruchu destabilizacji Zachodu”) oraz niektóre kanały w Polsce (np. Kanał Zero), ten ostatni zidentyfikowany z nazwy w cytowanym raporcie. Jednocześnie powstał cały ekosystem anonimowych kanałów wykorzystujących sztuczną inteligencję (np. kanał Drift Theory na YouTube). Generowały one masowo filmiki z krzykliwymi tytułami na podstawie szablonów i zdobywały setki tysięcy wyświetleń na narracjach o „płonącej i zislamizowanej Europie”. Na koniec warto wspomnieć o jeszcze jednej ciekawej technice. Rosyjska sieć Pravda (Portal Kombat) publikowała masowo artykuły na 28 domenach w wielu językach. Treści te nie były tworzone z myślą o realnych czytelnikach, lecz o maszynach, wyszukiwarkach oraz modelach AI. Ta technika to tzw. „LLM grooming”, Gdy algorytmy wyszukiwania oraz modele AI skanują sieć, natrafiają na wiele stron powtarzających ten sam tekst, co stwarza dla algorytmów fałszywe wrażenie, że dana informacja została potwierdzona przez liczne, niezależne źródła. Zdjęcie z neta Fot. The Guardian Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
9
2
43
1,514
Początki programu F-16 Kolejny fragment książki - na zachętę Pierwsze studia nad lekkim myśliwcem Pomysł wprowadzenia do uzbrojenia lekkiego, nieskomplikowanego samolotu myśliwskiego, mogącego również w ograniczonym zakresie zwalczać cele naziemne pojawił się w USAF w pierwszej połowie lat 60., czyli jeszcze przed rozpoczęciem wojny wietnamskiej. Bezpośrednią reakcją na zmianę doktryny obronnej było podjęcie w 1965 r. dwóch programów o charakterze studiów nad przyszłym samolotem bojowym – myśliwiec przewagi powietrznej – program FX oraz studia nad lekkim myśliwcem dziennym – Advanced Day Fighter – ADF. Ten ostatni stanowił zalążek przyszłego F-16. Wstępne wymagania mówiły o opracowaniu samolotu o masie startowej mieszczącej się w granicach 25 000 funtów (11 340 kg), przy takim dobraniu stosunku ciągu do masy i obciążenia powierzchni nośnej, by jego osiągi oraz manewrowość były w przybliżeniu o 25 % lepsze, niż MiG-21, ówczesnego podstawowego myśliwca sowieckiego lotnictwa frontowego, wchodzącego szeroko do uzbrojenia nie tylko ZSRS, ale też i pozostałych państw Układu Warszawskiego. Studia ADF prowadzono równolegle z F-X jako alternatywę dla tego ostatniego programu, jednak pojawienie się myśliwca MiG-25, o którym pewne informacje zdobyto 1967 r. (i nie wiązało się to jedynie z prezentacją tego samolotu w Domodiedowo), spowodowało zwrot w stronę cięższego samolotu o wysokich osiągach i możliwościach bojowych. Dlatego w 1967 r. sprawę studiów ADF odłożono na kilka lat. Powodem powrotu do takiej koncepcji była wojna wietnamska, i to nie tylko w sensie zdobytych doświadczeń, ale także wskutek olbrzymich wydatków na tę wojnę i przyznania w związku z tym większej roli relacji „koszt-efekt”. „Myśliwska Mafia” Decyzja USAF o dalszym rozwijaniu ciężkiego, skomplikowanego myśliwca przewagi powietrznej nie przekonała wszystkich specjalistów. Wokół zarzuconych w 1967 r. studiów ADF zgromadziło się pewne lobby, które szybko zyskało sobie przydomek „Fighter Mafia” – „Mafia” zwolenników klasycznego samolotu myśliwskiego. Jednym z głównych zwolenników takiego samolotu był mjr John Boyd (później ppłk), pilot myśliwski i doświadczony instruktor, zajmujący się praktycznym opracowaniem i wdrażaniem taktyki walk powietrznych. Co ciekawe, John Boyd, który swego czasu opracował teorię tzw. „manewrowania energetycznego”, czyli sposób wykonywania manewrów przez ciężki, ale dysponujący dużym nadmiarem mocy samolot myśliwski ery naddźwiękowej, był powszechnie uważany za „ojca” F-15. Mjr Boyd dostrzegł, że manewrowe walki powietrzne ery samolotów naddźwiękowych różnią się znacznie od taktyki walk powietrznych z okresu II wojny światowej, czy nawet wojny koreańskiej. Wynikało to nie tylko ze zdecydowanie gorszej zwrotności tego typu samolotów, ale też z ich nadmiaru ciągu oraz z możliwości zastosowania kierowanych pocisków rakietowych z termiczną głowicą samonaprowadzającą w czasie walki manewrowej. To ostatnie sprawiło, że odległość rażenia celu manewrującego wzrosła z przedziału 100-400 m do odległości rzędu 0,5-2 km. Natomiast duża bezwładność ciężkich samolotów, w połączeniu z dużym rozporządzalnym ciągiem zespołu napędowego, pozwalało skutecznie zamieniać prędkość w wysokość i odwrotnie, w stopniu zupełnie nieznanym na myśliwcach tłokowych. Umożliwiało to przeniesienie typowej dla II wojny światowej kołowej walki powietrznej w płaszczyznę pionową, a gdy nawet wykonywano manewry poziome, to w istocie ustąpiły one miejsca manewrom w płaszczyźnie pochyłej, z maksymalnym wykorzystaniem nadmiaru ciągu i bezwładności samolotu. Ponieważ manewrom tym towarzyszyła ciągła zmiana energii kinetycznej (prędkość) w potencjalną (wysokość), to nowy sposób manewrowania nazwano „energy maneuvering” – manewrowanie energetyczne. F-15 został zbudowany dokładnie w tej filozofii, m.in. właśnie dzięki majorowi Johnowi Boydowi. Jednak jeszcze w trakcie prac projektowych mjr Boyd przeszedł na stronę zwolenników lekkiego samolotu myśliwskiego, uważając, że maszyna taka, pomimo mniejszej skuteczności zwalczania celów na średnich odległościach (lub nawet braku możliwości w tym zakresie), jest w stanie skutecznie prowadzić manewrowe walki powietrzne, w ostatecznym bilansie skuteczniej pokonując przeciwnika. Boyd uważał też, że duże zdolności manewrowe umożliwią uniknięcie ataku pocisków rakietowych odpalanych z większych odległości, nawet gdy przeciwnik będzie takimi możliwościami dysponował (MiG-23, MiG-25). Drugą czołową postacią „Mafii Myśliwskiej” był Pierre Sprey, cywilny analityk pracujący w Sekretariacie Obrony, zajmujący się analizami różnych systemów uzbrojenia lotniczego. Sprey wychodził z nieco innego założenia niż Boyd. Wierząc, że mniejsze możliwości samolotu da się zrównoważyć ich zwiększoną liczbą, dużą wagę przykładał do jego wielozadaniowości, tj. do możliwości równoległego zwalczania celów naziemnych uzbrojeniem konwencjonalnym i jądrowym. Możliwości zwalczania celów naziemnych przez lekki samolot myśliwski wymagają pewnego komentarza. Teoretycznie bowiem samolot taki przenosił identyczne uzbrojenie, jak F-15. W latach 60. nie przewidywano wyposażenia lekkiego myśliwca w uzbrojenie precyzyjne, a F-15 też mógł przenosić zwykłe bomby. Jednak możliwości zaatakowania celu przy ograniczonej widzialności i przy niskiej podstawie chmur nie były identyczne. Duża zwrotność lekkiego samolotu pozwalała mu na szybki dowrót w stronę późno wykrytego celu i zaatakowanie go z pierwszego zajścia. Dopuszczalne były też mniejsze prędkości ataku, co pozwalało na bardziej precyzyjne celowanie. Łatwiej było też utrzymać ugrupowanie kilku samolotów w czasie ciasnych manewrów. Ponadto po wykryciu celu zbyt późno możliwy był ciasny manewr ponownego wyjścia na niego z innego kierunku, przy utrzymaniu atakowanego obiektu w zasięgu widzialności wzrokowej przez znaczną część manewru. I wreszcie jeszcze jedna ważna rzecz – dzięki większej liczbie samolotów (dzięki niższej cenie można było mieć ich w uzbrojeniu więcej) można było liczebnie potęgować uderzenia na cele naziemne. Chodzi tu przede wszystkim o fakt atakowania większej liczby celów punktowych jednocześnie, czego nie rekompensuje większy udźwig pojedynczej maszyny. Warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym członku grupy entuzjastów lekkiego samolotu myśliwskiego, zwanej potocznie „mafią myśliwską” – był nim Harry Hillaker, główny konstruktor w zakładach General Dynamics. Firma General Dynamics, powstała z Convaira (wcześniej znany jako Consolidated Vultee) do lat 70. budowała raczej ciężkie samoloty. Tu od II wojny światowej powstawały bombowce strategiczne B-24 Liberator, B-36 Peacemaker i B-58 Hustler. Pierwsza próba zbudowania samolotu wielozadaniowego – F-111 – zakończyła się niepowodzeniem, właśnie z powodu jego zbyt wielkiej masy i stopnia komplikacji konstrukcji. Dwoma najbardziej znanymi myśliwcami firmy były samoloty przechwytujące przeznaczone dla NORAD – F-102 Delta Dagger i F-106 Delta Dart. Były to również ciężkie, skomplikowane samoloty, ale spełniające wymagania amerykańskiego systemu OP. General Dynamics nie miał więc żadnego doświadczenia w budowie lekkich samolotów bojowych, doświadczenie to miało raczej charakter “jak nie należy tego robić”. Pod względem dotychczasowych osiągnięć w tej dziedzinie przodował głównie Northrop, zajmujący się problemem lekkich myśliwców od lat 50., kiedy to w firmie tej powstał projekt N-102 Fang. Northropowi udało się sprzedać ponad 3800 lekkich myśliwców F-5 Freedom Fighter/Tiger, które były jednak produkowane niemal wyłącznie na eksport, USAF używała samolotu w dosłownie śladowych ilościach, nie traktując F-5 jako wartościowego samolotu bojowego. Pomimo to Harry Hillaker był gorącym zwolennikiem koncepcji lekkiego samolotu myśliwskiego, mając dobry pomysł na rozwiązanie problemu jego opracowania. Pomimo działalności „mafii myśliwskiej” idea wprowadzenia lekkiego samolotu myśliwskiego do uzbrojenia miała wielu przeciwników w dowództwie USAF. Przeważało tu tradycyjne dążenie do dysponowania najlepszym sprzętem, zdecydowanie przewyższającym parametrami i możliwościami bojowymi podobne samoloty przeciwnika. Czynnikiem decydującym było tu utrzymanie strat na minimalnym poziomie, co też było nie bez znaczenia – pozwalało bowiem utrzymać morale i wolę walki personelu na wysokim poziomie. Uważano też, że jakościowa przewaga pozwala na skuteczne zrekompensowanie przewagi liczebnej przeciwnika. Wdrażanie coraz lepszych samolotów umożliwia też coraz większe pogłębianie przewagi jakościowej, gwarantującej pewne zwycięstwo w przyszłości. Ostatecznie więc F-15 rozwijano dalej i wprowadzono do uzbrojenia. Program lekkiego myśliwca chwilowo zarzucono. Nowa administracja i zmiany w systemie obronnym USA W wyniku wyborów w grudniu 1968 r. na początku 1969 r. władzę w Waszyngtonie objął Republikanin, Richard Nixon. Nowym Sektretarzem Obrony został Melvin R. Laird. Jednak z punktu widzenia programu lekkiego samolotu myśliwskiego najważniejszą postacią w administracji Nixona był podsekretarz obrony David Packard. Pod jego kierunkiem zmieniono dotychczasowe procedury zakupu nowych samolotów dla USAF. Przede wszystkim nastąpił pewien odwrót od wstępnego obliczania całych kosztów programu i tworzenia na wstępnym etapie programu tzw. Fixed Unit Price, czyli jednostkowego kosztu zakupu samolotu, który nie może już ulec zmianie. Obliczanie kosztów podzielono na etap od projektu do oblotu prototypów, fazę Full Scale Development i wreszcie kolejne zamówienia produkowanych kolejno serii. Dzięki takiemu posunięciu firmy uzyskały więcej swobody finansowej na usunięcie stwierdzonych w toku prób usterek, zmniejszono też wpływ inflacji na długoterminowe kontrakty. Nowa administracja ponownie powróciła też do lekkiego samolotu myśliwskiego. Główną tego przyczyną były olbrzymie nakłady, ponoszone na prowadzenie wojny w Wietnamie, a jednocześnie doświadczenia z pierwszej fazy konfliktu. Zgodnie z nową doktryną obronną nie można było wykluczyć szerokiego zaangażowania się Stanów Zjednoczonych w konflikty lokalne o różnym natężeniu, które w dwubiegunowym świecie były jedną z form konfrontacji przeciwstawnych bloków. W tego rodzaju konfliktach amerykańskie lotnictwo walczyło często z nienowoczesnymi już myśliwcami przeciwnika, narażanie kosztownych maszyn o dużych możliwościach bojowych na przypadkowe straty było więc niecelowe. Do prowadzenia lokalnych kampanii powietrznych lekki samolot myśliwski nadawał się wręcz idealnie. Natomiast w konflikcie pełnoskalowym, samoloty tego typu, walczące w ugrupowaniu ciężkich maszyn o większych możliwościach skutecznie potęgowały całościowy wysiłek lotnictwa. Ustalenia nowej administracji było tym zwrotem w poglądach, o który chodziło „mafii myśliwskiej”. Nie próbowano teraz walczyć o zastąpienie lekkim samolotem myśliwskim maszyn o wysokich możliwościach bojowych, udało się natomiast skutecznie wpleść go w istniejący system, jako uzupełnienie myśliwców przewagi powietrznej F-15 i ciężkich uderzeniowych F-111. Nowa koncepcja nie oznaczała też zwiększenia liczby typów w uzbrojeniu, gdyż „lekki samolot myśliwski” faktycznie zastąpiłby w przyszłości wielozadaniowe samoloty F-4C/D/E Phantom II, których to nie można było wycofać dysponując li tylko F-15, F-111 i A-10. Program Lightweight Fighter – LWF W końcu 1969 r. Pentagon wystosował memorandum do dowództw sił powietrznych i marynarki wojennej, proponując zastąpienie kosztownych programów budowy myśliwców F-15 (dla USAF) i F-14 (dla US Navy) lekkim samolotem wielozadaniowym, budowanym wspólnie – jako program F-XX. Memorandum to oceniono bardzo krytycznie w obu dowództwach, udowadniając, że nawet duża liczba lekkich myśliwców nie jest w stanie wykonać zadań przewidzianych dla F-15 i dla F-14. W wyniku zdecydowanego sprzeciwu obu służb od pomysłu na F-XX odstąpiono. Nie przerwało to jednak trwających dyskusji nad przyszłością samolotu myśliwskiego. Spory te były wyjątkowo ostre, o czym może świadczyć przypadek płk Everesta Riccioni, szefa oddziału studiów i analiz USAF. W grudniu 1970 r. o opinię na temat lekkiego samolotu myśliwskiego zapytał go zastępca szefa sztabu sił powietrznych gen. John C. Meyer. Riccioni, uważany za członka „mafii myśliwskiej”, wydał bardzo entuzjastyczną opinię o takiej maszynie. Następnego dnia płk Riccioni otrzymał przydział do Korei. W pierwszej połowie lat 70. koncepcja uzupełnienia nowego samolotu przewagi powietrznej (F-15, jeszcze wówczas nie oblatanym) dojrzała do realizacji. Tym razem siły powietrzne nie wyrażały tak zdecydowanego sprzeciwu, jak w przypadku wcześniejszej propozycji F-XX (alternatywy dla F-X – F-15). Koncepcja LWF pozwalała bowiem na kontynuowanie kosztownego programu nowoczesnego samolotu myśliwskiego przewagi powietrznej, a także na utrzymanie stanów liczebnych USAF na niezbędnym (zdaniem samego dowództwa sił powietrznych) poziomie, zagrożonego redukcjami w wyniku wchłaniania znacznej ilości pieniędzy przez wojnę wietnamską. Program LWF rozpoczął się 6 stycznia 1972 r. Tego dnia wydano dokument Request for Proposal – RFP, czyli prośbę o zgłaszanie rozwiązań. RFP rozesłano do ośmiu firm lotniczych, przy czym założono krótki, niespełna dwumiesięczny (do 18 lutego) termin składania wstępnych propozycji. Wśród wymienionych ośmiu firm były: Boeing, General Dynamisc, Grumman, Fairchild, Lockheed, LTV, McDonnell Douglas i Rockwell. Program LWF opiewał na zbudowanie raczej demonstratora technologii, a nie prototypu samolotu bojowego, choć wymagano takiego przygotowania samolotu, by mogło się na nim znaleźć podstawowe wyposażenie do prowadzenia działań bojowych. Postanowiono skoncentrować się na stworzeniu myśliwca do manewrowych walk powietrznych, z możliwością wykonywania uderzeń na cele naziemne uzbrojeniem niekierowanym, w dzień, przy wzrokowej widzialności obiektu ataku. Początkowo dyskutowano nawet, czy samolot tego typu ma dysponować pokładową stacją radiolokacyjną, ale ostatecznie zdecydowano się na jej zastosowanie. Miała to być niewielka stacja, umożliwiająca wykrycie przeciwnika na odległość nieznacznie tylko przekraczającą zasięg wykrycia wzrokowego. Stacja miała umożliwić zajęcie dogodnej do walki powietrznej pozycji, ale na tym jej rola się kończyła. Nie przewidywano bowiem jej bezpośredniego wykorzystania do kierowania uzbrojeniem. Po raz pierwszy w konstrukcji amerykańskiego samolotu myśliwskiego zrezygnowano z wymagania uzyskiwania dużej prędkości. Uznano, że z samolotami MiG-25 będzie prowadził walkę F-15, natomiast LWF miał działać na małych i średnich wysokościach w strefie przyfrontowej, gdzie operujące samoloty nie rozwijały dużych prędkości przekraczających Ma=1,6. Do tej wartości ograniczono też wymagania. Aby jednak samolot przeciwnika nie mógł swobodnie wyjść z nawiązanej walki, założono uzyskiwanie dobrych przyśpieszeń w zakresie od Ma=0,6 do Ma=1,6. W praktyce oznaczało to zbudowanie samolotu, zdolnego do rozwijania prędkości w granicach Ma=1,8-1,9 na średnich wysokościach (szczególnie w przedziale 8000-12 000 m). Wymagania mówiły o uzyskaniu maksymalnych własności manewrowych w przedziale prędkości Ma=0,6 do Ma=1,6, zoptymalizowanych do wysokości 10 000-13 000 m (30 000 – 40 000 stóp). W wymaganiach manewrowości zawarto uzyskiwanie minimalnego możliwego promienia zakrętu w locie poziomym, dobrych własności w manewrach pionowych, korzystnego stosunku ciągu zespołu napędowego do masy samolotu i dobrych własności przyśpieszania/hamowania. Bardzo ważnym wymaganiem było zachowanie niewielkiej masy. W wymaganiach określono, że masa bojowa z 2/3 zapasu paliwa i z uzbrojeniem do prowadzenia walk powietrznych nie może przekroczyć 20 000 funtów, czyli 9070 kg. Było to w przybliżeniu dwukrotnie mniej, niż w przypadku F-15. Poza wymienionymi, przed konstruktorami postawiono też trzy inne zadania. Po pierwsze RFP zachęcał do szerokiego wykorzystania nowoczesnych technologii, gdyż uznano, że jedynie ta droga prowadzi do spełnienia wymagań. W pewnej sprzeczności z powyższym stało kolejne zadanie, by ryzyko opracowania ograniczyć do minimum, co w zasadzie eliminowało zbyt „rewolucyjne” konstrukcje. Nowe technologie należało więc stosować szeroko, ale rozważnie, a tam gdzie to tylko było możliwe trzeba było wykorzystać sprawdzone rozwiązania konstrukcyjne. I wreszcie ostatnie zadanie, co jak się później okazało – bardzo ważne – to nakaz takiego opracowania samolotu, by zachować odpowiedni potencjał modernizacyjny w przyszłości. W lutym 1972 r. do Departamentu Obrony wpłynęło pięć propozycji firm, które zdecydowały się podjąć wyzwanie: Boeinga, General Dynamics, Lockheed, LTV i Northropa. W marcu 1972 r. dokonano wstępnej analizy projektów i do dalszej realizacji wybrano trzy z nich. Za najlepszy uznano projekt Boeing 908-909, na drugim miejscu znalazł się General Dynamics Model 401, a na trzecim – Northrop P-600. Odrzucono natomiast projekty Lockheed CL-1200 Lancer (oparty o dalekie rozwinięcie F-104) i Vought (LTV) V-1100. Dalsze analizy prowadziła wyznaczona przez Departament Obrony (DoD) komisja Source Selection Authority, złożona z niezależnych specjalistów z DoD i z Departamentu Sił Powietrznych. Po bardziej wnikliwej analizie odrzucono uważany początkowo za najlepszy projekt Boeinga i w efekcie 13 kwietnia 1972 r. dwie pozostałe firmy otrzymały kontrakty na budowę prototypów do prób porównawczych. Jednocześnie obu nadano oznaczenia USAF: Model 401-16B General Dynamics otrzymał oznaczenie YF-16, a P-600 Northropa – YF-17. Mało znana makieta projektu Boeing 908-909 Fot. Boeing Dwaj konkurenci we wspólnym locie, YF-16 i YF-17 Fot. NARA Płk John Boyd, "ojciec" F-16. Fot. Wikipedia Pierre Sprey, analityk Pentagonu wspierający pomysł na lekki myśliwiec Fot. Wikipedia Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
1
29
1,450
Dalsze użycie bojowe F-16 w Izraelu Fragment książki, jaka poszła do korekty W 1993 r. F-16C/D Block 30 i Block 40 z baz Ramat Dawid i Chacor zaczęły operować z amerykańskimi zasobnikami nawigacyjno-celowniczymi AN/AAQ-13 i AN/AAQ-14 LANTIRN. Operacja „Odpowiedzialność” (Mivtza Din VeHeshbon) była tygodniową, zmasowaną kampanią lotniczo-artyleryjską Sił Obronnych Izraela (IDF) w południowym Libanie w okresie 25 lipca – 31 lipca 1993 r. W jej ramach 101. Dywizjon wykonał 18 uderzeń na cele naziemne, a 117. Dywizjon - 22 uderzenia na cele naziemne, a także wiele misji osłony powietrznej własnych wojsk. Pierwsza faza skupiła się na izolacji pola walki. Myśliwce F-16C/D zaatakowały mosty na rzekach (Litani i Zahrani), paraliżując drogi ucieczki i zaopatrzenia. Potem zgodnie ze strategią premiera Icchaka Rabina, lotnictwo i artyleria zaczęły systematycznie bombardować obrzeża oraz centra blisko 90 libańskich wiosek i miast (takich jak Tyr, Nabatija czy Sydon), w których Hezbollah ukrywał składy amunicji. Mieszkańcy otrzymali wcześniejsze ostrzeżenia radiowe nakazujące ucieczkę. Spowodowało to migrację ponad 300 tysięcy cywilów w kierunku Bejrutu, co kompletnie sparaliżowało libańską stolicę i zmusiło tamtejszy rząd do podjęcia rozmów międzynarodowych. Operację zakończył wynegocjowany przez USA czasowy rozejm. Operacja „Grona Gniewu” (Mivtza Anvei Za'am) była drugą, znacznie potężniejszą i bardziej intensywną lotniczo-artyleryjską kampanią Sił Obronnych Izraela (IDF) w Libanie, przeprowadzona w okresie 11 kwietnia – 27 kwietnia 1996 r. Celem operacji było całkowite zniszczenie potencjału rakietowego Hezbollahu, wymuszenie nowego porozumienia zabraniającego atakowania terytorium Izraela oraz zablokowanie operacyjne Libanu za pomocą blokady morskiej i powietrznej. Ponownie 101. Dywizjon z Chacor i 117. Dywizjon z Ramat Dawid wykonały (odpowiednio) 71 i 47 uderzeń na cele naziemne na F-16C, natomiast 105. Dywizjon na F-16D wykonywał misje przełamywania obrony powietrznej (głównie syryjskiej). Całość dopełniał 109. Dywizjon, który na F-16D wykonywał ataki w głębi, na odleglejsze cele w Libanie. Operacja rozpoczęła się 11–12 kwietnia od nalotów w samym Bejrucie. Dwumiejscowe F-16D Barak zniszczyły centralne biuro operacyjne i kwaterę główną Hezbollahu w południowej dzielnicy Haret Hreik. Równolegle zrzucono bomby precyzyjne na bazy logistyczne w pobliżu obozów uchodźców palestyńskich (m.in. w Burdż al-Baradżina). W okresie 12-15 kwietnia dokonano uerzeń na libańską energetykę. Zbiornikami z napalmem i bombami zniszczono główne stacje transformatorowe i podstacje elektryczne w Dżumhur (Badaoun) pod Bejrutem oraz w Al-Dżijja, co natychmiast pozbawiło libańską stolicę oraz większość kraju dostaw prądu. W okresie 15-18 kwietnia F-16C/D Block 40, wykorzystując debiutujące wówczas, izraelskie zasobniki celownicze Rafael Litening, polowały nocą na zamaskowane w jaskiniach i gęstych lasach południowego Libanu wieloprowadnicowe wyrzutnie rakietowe. Wprowadzono też całkowitą blokadę morską portów w Bejrucie, Trypolisie i Sydonie, myśliwce F-16 patrolowały wybrzeże, będąc w gotowości do zatopienia każdego statku próbującego dostarczyć irańską broń. 18 kwietnia doszło do dramatycznego wydarzenia. Hezbollah celowo wystrzelił rakiety z pozycji położonej w bezpośrednim sąsiedztwie bazy sił pokojowych ONZ (POLBAT/Fidżi) w miejscowości Kana. Izraelska artyleria lądowa (nie lotnictwo), wykonując ogień kontrbateryjny, omyłkowo wstrzeliła się w obóz ONZ, zabijając 106 libańskich cywilów, którzy tam się schronili. Wywołało to potężny skandal międzynarodowy. Mimo potępienia przez ONZ, premier Szimon Peres kontynuował operację przez kolejny tydzień 19–27 kwietnia, ale wprowadzono surowe restrykcje dotyczące unikania celów w pobliżu miast. F-16 skupiły się na niszczeniu pozycji wojsk syryjskich w dolinie Bekaa, które dostarczały Hezbollahowi dane o lotach lotnictwa Izraela. Zniszczono tam kilka syryjskich punktów dowodzenia i posterunków radiolokacyjnych. Operacja zakończyła się 27 kwietnia 1996 r. podpisaniem pisemnego porozumienia o zawieszeniu broni (Grapes of Wrath Understandings). W czasie wojny w Libianie w 2006 r. flota izraelskich F-16C/D oraz F-16I wykonała większość z tysięcy lotów bojowych IAF. Ich głównym zadaniem było niszczenie ruchomych wyrzutni rakietowych Hezbollahu. Operacja „Orzechowy Sad” (Mivtza Bustan) z nocy z 5 na 6 września 2007 r. była jednym z najbardziej precyzyjnych rajdów lotnictwa. Choć główny ciężar uderzeniowy (przenoszenie ciężkich bomb penetrujących) powierzono czterem maszynom F-15I Ra'am z 69. Dywizjonu, to myśliwce F-16I Sufa odegrały ważną rolę w powodzeniu tej misji, działając jako eskorta, ale też jako samoloty uderzeniowe. W rajdzie wzięły udział cztery dwumiejscowe maszyny F-16I Sufa ze 119. Dywizjonu. Lot odbywał się w reżimie całkowitej ciszy radiowej i na skrajnie niskiej wysokości. Formacja uderzeniowa (4 F-15I oraz 4 F-16I) wystartowała z baz Tel Nof i Ramon, poleciała na północ nad Morze Śródziemne, a następnie gwałtownie skręciła na wschód, wchodząc w syryjską przestrzeń powietrzną wzdłuż granicy syryjsko-tureckiej. Zanim F-16I weszły nad Syrię, izraelskie systemy walki radioelektronicznej (prawdopodobnie za pomocą specjalistycznego systemu Suter) włamały się do syryjskiej sieci obrony powietrznej. Włamano się do łącza danych do rosyjskich systemów przeciwlotniczych Peczora-2M (S-125 modernizacji), Kwadrat (eksportowe 2K12 Kub) oraz S-75M3 Wołchow i przesłano im fałszywy obraz czystego nieba. Dzięki temu F-16I Sufa leciały wewnątrz syryjskiego systemu przeciwlotniczego „niewidzialne” dla operatorów na ziemi, którzy nie uruchomili własnych radarów. Cztery F-16I Sufa były wyposażone w konforemne zbiorniki paliwa (CFT), co pozwoliło im dolecieć do prowincji Dajr az-Zaur na wschodzie Syrii bez tankowania w powietrzu. Maszyny przenosiły precyzyjne uzbrojenie kierowano laserowo i satelitarnie (bomby z rodziny GBU). Po dotarciu nad Al-Kibar, załogi F-16I, piloci i nawigatorzy operujący zasobnikami celowniczymi Litening, zaatakowały i zniszczyły pomocnicze instalacje reaktora, laboratoria, systemy chłodzenia oraz podstacje logistyczne, podczas gdy F-15I zrzuciły ciężkie bomby burzące bezpośrednio na główny rdzeń budynku. Po zrzuceniu bomb załogi natychmiast przeszły w reżim walki powietrznej, monitorując przestrzeń za pomocą radarów AN/APG-68(V)9 i pozostając w gotowości do użycia pocisków AIM-120 AMRAAM oraz Python-4 na wypadek, gdyby lotnictwo syryjskie zdołało poderwać myśliwce MiG-29. Syryjscy nawigatorzy naprowadzania byli jednak oszukani brakiem danych z radarów, że nie podjęli przeciwdziałania. Użycie izraelskich F-16 w trwających od 2008 do 2014 r. operacjach w Strefie Gazy zmieniło charakter współczesnych miejskich działań lotniczych. To właśnie w tych trzech konfliktach asymetrycznych wdrożono na masową skalę koncepcję „cyfrowego potoku celów” – błyskawicznego przekazywania danych rozpoznawczych i wywiadowczych (z dronów i podsłuchów Szin Bet) bezpośrednio na ekrany w kabinach pilotów F-16. Operacja „Płynny Ołów” (Mivtza Oferet Yetzuka) w których wzięły udział 101. Dywizjon z Chacor i 117. Dywizjon z Ramat Dawid na F-16C oraz 253. Dywizjon z Ramon na F-16I Sufa. 27 grudnia o godzinie 11:30 formacja ponad 50 myśliwców (w większości F-16) uderzyła jednocześnie w około 100 celów w ciągu zaledwie czterech minut. F-16 zniszczyły kwatery główne policji Hamasu, obozy szkoleniowe oraz centralne archiwa rządowe w Strefie Gazy. F-16I Sufa, operujące wzdłuż tzw. Korytarza Filadelfijskiego (granica Gazy z Egiptem), zrzuciły setki bomb penetrujących z opóźnionym zapalnikiem (m.in. GBU-31 z głowicami BLU-109), wywołując sztuczne wstrząsy sejsmiczne, które zapadały podziemne tunele logistyczne Hamasu. W tej operacji po raz pierwszy w warunkach bojowych piloci F-16C wykorzystali zintegrowany cyfrowy system dowodzenia i mapowania „Kraj Przeznaczenia” (Eretz Hatzvi), który wyświetlał pozycje własnych oddziałów lądowych z wielką dokładnością, eliminując przypadki "friendly fire" podczas bliskiego wsparcia (CAS). W okresie 14 listopada – 21 listopada 2012 r. przeprowadzono kolejną operację „Filar Obrony” (Mivtza Amud Anan) w których wzięły udział F-16D Block 40 ze 105. Dywizjonu "Skorpion" z Chacor oraz 119. i 201. Dywizjony z bazy Ramon na F-16I Sufa. Operację otworzyło uderzenie wykonane 14 listopada przez F-16D 105. Dywizjonu. Pocisk kierowany trafił precyzyjnie w jadący ulicą Gazy samochód, w którym poruszał się Ahmed Jabari, szef skrzydła wojskowego Hamasu (Brygad al-Kassam). Likwidacja ta całkowicie sparaliżowała system dowodzenia bojowników na pierwsze 48 godzin konfliktu. Głównym zadaniem maszyn F-16I Sufa wyposażonych w radary o wysokiej rozdzielczości (SAR) było niszczenie ukrytych w improwizowanych wyrzutniach wkopanych w ziemię rakiet taktycznych produkcji irańskiej (Fajr-5). F-16 niszczyły wzmocnione, otwierane hydraulicznie klapy improwizowanych silosów ukrytych na polach uprawnych i prywatnych posesjach, zanim Hamas zdążył odpalić rakiety w stronę Tel Awiwu. Operacja „Ochronny Brzeg” (Mivtza Tzuk Eitan) przeprowadzona w okresie 8 lipca – 26 sierpnia 2014 r. Była to pierwsza operacja, w której celem o tak dużej skali stała się podziemna sieć kilkudziesięciu betonowych tuneli ofensywnych i obronnych Hamasu. F-16 zrzuciły tysiące ciężkich bomb penetrujących (m.in. GBU-24 i GBU-31), niszcząc podziemne węzły komunikacyjne, fabryki broni pod ziemią oraz bunkry dowodzenia. Brały w niej udział liczne F-16 z różnych dywizjonów, w tym F-16C/D i F-16I. Na terenach Gazy ze względu na konieczność prowadzenia ataków w gęstej zabudowie miejskiej i chęć ograniczenia strat cywilnych, F-16 na szeroką skalę używały bomb małogabarytowych GBU-39 Small Diameter Bomb. Podczas tej operacji F-16 rutynowo realizowały procedurę ostrzegania cywilów przed bombardowaniem budynku. Myśliwiec zrzucał najpierw mały, nieuzbrojony ładunek ćwiczebny lub lekką rakietę na dach budynku, wywołując głośny huk i wstrząs. Mieszkańcy mieli od 5 do 15 minut na ewakuację, zanim drugi F-16 doszczętnie niszczył obiekt bombami bojowymi. W toku trwającej 50 dni operacji Siły Powietrzne Izraela nie utraciły w powietrzu ani jednego F-16, pomimo wystrzelenia przez bojowników setek pocisków z naramiennych wyrzutni oraz prób ostrzału baz lotniczych rakietami ziemia-ziemia z terenu Gazy. W czasie tzw. „Wojny Między Wojnami” w Syrii (2015–2023) izraelskie F-16, najczęściej F-16I, przeprowadziły bardzo wiele ataków na cele naziemne przeciwko jednostkom irańskiego Korpusu Strażników Rewolucji Islamskiej operujących w Syrii oraz przeciwko obiektom związanym z Hezbollahem. Dla uniknięcia strat w silnej teraz obronie przeciwlotniczej (syryjskie Pancyr, rosyjskie Tor), F-16 rutynowo stosowali taktykę uderzeń z przestrzeni powietrznej Libanu lub znad Morza Śródziemnego, odpalając lekkie pociski manewrujące Delilah (zasięg 250 km) oraz zrzucając bomby szybujące Spice 1000 (zrzut z odległości do 60 km). 10 lutego 2018 r. podczas nalotu odwetowego po naruszeniu izraelskiej przestrzeni przez irański dron, F-16I Sufa ze 119. Dywizjonu „Nietoperz” została trafiona nad Izraelem odłamkami syryjskiej rakiety systemu S-200 Wega. Załoga pomyślnie wykatapultowała się nad Galileą. Była to pierwsza i jak do tej pory jedyna strata bojowa izraelskiego F-16 od 1980 r. Operacja „Strażnik Murów” (Mivtza Shomer HaChomot) przeprowadzona w dniach 10-21 maja 2021 r. Flota F-16C/D oraz F-16I zrzuciła setki ciężkich bomb penetrujących, niszcząc dziesiątki kilometrów betonowych tuneli Hamasu (tzw. „Metra Gazy”). F-16 zniszczyły też wieżowce w Gazie (m.in. wieżę Al-Jalaa), które były wykorzystywane przez wywiad wojskowy Hamasu do montażu urządzeń zakłócających sygnał GPS. Po masowym ataku Hamasu z 7 października 2023 r., Izrael wszedł w stan permanentnej wojny na wielu teatrach działań wojennych jednocześnie. Choć medialną uwagę przyciągają najnowsze F-35I Adir, to flota F-16 (Sufa i Barak) wykonuje do dziś ponad 60% wszystkich uderzeń bombowych IAF. W drugiej połowie 2024 r. wysiłek F-16 przeniósł się na północ. Dywizjony F-16I Sufa z bazy Ramon oraz F-16C/D z bazy Chacor przeprowadziły serie nalotów, niszcząc tysiące małych wyrzutni rakietowych Hezbollahu w południowym Libanie i dolinie Bekaa. Podczas zmasowanych irańskich ataków odwetowych (m.in. w kwietniu i październiku 2024 r.), piloci F-16 działając nocą, naprowadzani przez systemy radarowe, zestrzeliwali dziesiątki dronów Shahed-136 oraz irańskich pocisków manewrujących Paveh za pomocą pocisków Python-5. 19 lipca 2024 r. wystrzelony przez Hutich z Jemenu zmodernizowany dron dalekiego zasięgu Samad-3 (nazwany przez nich Jaffa) uderzył w kamienicę w samym centrum Tel Awiwu, zabijając jednego cywila i raniąc kilku innych. 20 lipca 2024 r. przeprowadzono dość spektakularne uderzenie na Jemen w ramach operacji „Wyciągnięte Ramię” (Mivtza Yad Arucha). Główny komponent uderzeniowy sformowały dywizjony F-16I Sufa z bazy Ramon – 119. Dywizjon „Nietoperz” oraz 253. Dywizjon „Negev”. Towarzyszyły im myśliwce F-15I Ra'am oraz niewykrywalne F-35I Adir, które leciały jako grupa obezwładnienia OPL. Trasa lotu została zaplanowana tak, aby całkowicie ominąć systemy radiolokacyjne Egiptu, Arabii Saudyjskiej oraz Jordanii. Formacja wystartowała po południu 20 lipca i skierowała się na południowy zachód nad Morze Śródziemne, a następnie prześlizgnęła się na bardzo małej wysokości nad międzynarodowymi wodami Morza Czerwonego. Nad wodami Morza Czerwonego formacja spotkała się ztankowcami Boeing 707 Re'em ze 120. Dywizjonu IAF. Operacja była ekstremalnie trudna ze względów bezpieczeństwa. Około godziny 18:00 czasu lokalnego izraelskie F-16I Sufa weszły nad cel od strony morza. Piloci i nawigatorzy, wykorzystując zasobniki celownicze Litening, przeprowadzili atak z lotu nurkowego na infrastrukturę portową Al-Hudaidy. Użyto bomb kierowanych z rodziny Spice oraz JDAM. Zaledwie dwa miesiące później Huti ponowili próby ataków, wystrzeliwując w stronę lotniska Ben Guriona pod Tel Awiwem rakiety balistyczne Palestine-2. 29 września 2024 r. formacja złożona z kilkudziesięciu samolotów IAF, w tym ponownie F-16I Sufa z bazy Ramon, uderzyła nie tylko na port w Al-Hudaidzie w którym naprawiono wcześniejsze szkody, ale również na sąsiedni port naftowy Ras Isa oraz kluczowe elektrownie w rejonie Al-Katib. W tym rajdzie F-16I Sufa wykorzystały izraelskie pociski manewrujące i bomby szybujące nowej generacji, co pozwoliło na odpalenie ładunków spoza zasięgu jemeńskich systemów przeciwlotniczych. Izraelskie F-16 brały też bezpośredni udział w ataku na Iran. Doszło do tego podczas operacji o kryptonimie „Dni Pokuty” (Mivtza Yamei Teshuva), przeprowadzonej w nocy z 25 na 26 października 2024 r. Było to pierwsze w historii uderzenie lotnicze Izraela na terytorium Islamskiej Republiki Iranu. W ataku brały udział F-16I Sufa z 119. i 253. Dywizjonu z bazy Ramon. Trasa lotu wiodła głównie przez przestrzeń powietrzną Syrii i Iraku, gdzie Izraelczycy obezwładnili lokalną OPL. W samym Iranie OPL obezwładniły F-35I Nadir, dzięki czemu F-16I mogły działać bezpieczniej. Atakowano cele główne pociskami manewrującymi Rampage i Delilah nie podlatując do nich. Operacja „Strzały Północy” (Mivtza Jicajon HaCafon) to prowadzona przez Siły Obronne Izraela (IDF) wielomiesięczna kampania lądowo-powietrzna wymierzona w strukturę dowódczą, finansową i militarną Hezbollahu w Libanie. W operacji tej flota myśliwców F-16 wykonuje ponad 60% wszystkich misji uderzeniowych, od początku 23 września 2024 r. Do dziś ta kampania trwa praktycznie nieprzerwanie. Poza tradycyjnie już F-16I Sufa ze 119. i 253. Dywizjonu z Ramon, w atakach biorą udział też mocno zmodernizowane F-16C/D Barak-2020 ze 101. i 105. Dywizjonu z bazy Chacor. Na samym początku operacji F-16I Sufa przeprowadziły zmasowaną falę uderzeń precyzyjnych na zidentyfikowane przez wywiad wojskowy (Aman) magazyny rakietowe Hezbollahu ukryte w domach prywatnych i budynkach gospodarczych w setkach libańskich wiosek. Choć eliminacja lidera organizacji Hassana Nasrallaha w podziemnym bunkrze została zrealizowana przez ciężkie F-15I Ra'am, to formacje F-16 systematycznie likwidowały kolejne szczeble dowódcze. Myśliwce F-16C/D Barak za pomocą bomb małogabarytowych GBU-39 SDB precyzyjnie niszczyły konkretne piętra wieżowców w bejruckiej dzielnicy Dahije, eliminując dowódców elitarnych sił Radwan oraz szefów jednostek logistycznych i rakietowych bez niszczenia sąsiednich budynków. W ostatnim okresie, w nocnych nalotach na Bejrut, Tyr i Nabatiję, załogi F-16 zrównały z ziemią kilkadziesiąt placówek i podziemnych skarbców instytucji bankowej Al-Qard Al-Hassan. Naloty te, poprzedzone ostrzeżeniami ewakuacyjnymi dla cywilów, odcięły organizację od rezerw gotówki i złota służących do finansowania operacji terrorystycznych. Był to pierwszy przypadek w historii, kiedy F-16 niszczą zasoby... finansowe! Na zdjęciach dwumiejscowe izraelskie. F-16B Netz w bardzo ciekawym wariancie. Po prawej stronie wlotu ma zasobnik elektrooptyczny AN/ASQ-153 Pave Penny do wykrywania zewnętrznego podświetlenia laserowego, co pozwalało na nakierowanie czujników podwieszonych bomb Paveway II na podświetlenie celów laserem przez naziemnego kontrolera. Fot. Wikipedia Na kolejnym, F-16D Block 40 ze 105. Dywizjonu „Skorpiony” (Ha-Akrab) Sił Powietrznych Izraela. Izrael jako pierwszy stosował dwumiejscowe z garbem, i to chyba jedyne Block 40 z garbem (szeroko wprowadzono je na Block 50+/52+ i kolejnych). Fot. Wikipedia F-16I Sufa, dwumiejscowa bojowa odmiana, która jak widać różni się od F-16D z garbem dodatkowymi innymi antenami systemów WRE na bokach nosa i wlotów powietrza do silnika i z tyłu, a także antena łączności satelitarnej nieco widoczna pod pokrywą na grzbiecie. Samolot należy do 107. Dywizjonu „Rycerze Pomarańczowego Ogona” (Abiri HaZanav HaKatom) Sił Powietrznych Izraela z bazy Ramon. Fot. IDW Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
2
47
1,714
Debiut bojowy F-16A - Izrael fragment książki - jeszcze przed korektą, jak coś zauważycie to mówcie. Wczoraj ktoś wyłapał błąd z AN/ARC-238, w przedstawionym fragmencie był Raytheon. W piętnastu innych miejscach jest prawidłowo Rohde & Schwarz, a w jednym był błąd. Już poprawiony dzięki czujności czytelnika. Korekta z pewnością wyłapie więcej, w końcu to ponad pół miliona znaków ze spacjami (573 tys. dokładnie, będzie cięte o jakieś 50 tys.). Ja się nie obrażam za poprawki, bo to służy temu, że ostateczna, papierowa wersja będzie doszlifowana na max. A będzie to cegła jak cholera... Pierwszym państwem, które użyło myśliwców F-16 w walce, był Izrael. W czasie, gdy pierwsze „szesnastki” (wersje F-16A/B Netz) trafiły do tego kraju, na Bliskim Wschodzie od ośmiu lat, czyli od zakończenia wojny Jom Kippur w 1973 r., panował względny spokój. Niestety, nie trwał on długo. W sąsiednim Libanie wybuchła krwawa wojna domowa, w którą zaangażowała się Syria, a na dodatek we wrześniu 1980 r. rozpoczął się długotrwały konflikt między Irakiem i Iranem. Izrael, poważnie zaniepokojony irackimi dążeniami do skonstruowania własnej broni jądrowej, postanowił zniszczyć ośrodek atomowy Al-Tuwaitha budowany w pobliżu Bagdadu. Kompleks badawczy powstawał przy znacznym udziale specjalistów francuskich i włoskich, a sam reaktor klasy Osiris został przez Francuzów nazwany Osirak (w Izraelu operowano nazwą Tammuz 1). Centralnym elementem ośrodka był niemal ukończony, ale ciągle jeszcze „zimny” reaktor, czekający na umieszczenie w nim dostarczonego już paliwa nuklearnego. Wprowadzenie uranu do rdzenia planowano na lato 1981 r. Izrael, zdając sobie sprawę z katastrofalnych skutków radiologicznych zniszczenia „gorącego”, działającego reaktora, podjął decyzję o zrównaniu go z ziemią przed tą datą. Plany akcji przygotowywano już od 1979 r. Początkowo planiści rozważali użycie grupy uderzeniowej złożonej z samolotów A-4 Skyhawk i F-4 Phantom II. Jednak zasięg tych maszyn zmuszał do tankowania ich w powietrzu, co nad wrogim terytorium wiązało się z ogromnym ryzykiem. Dopiero dostarczone w 1980 r. myśliwce F-16A/B dały możliwość osiągnięcia celu bez tankowania w powietrzu, pod warunkiem zastosowania specyficznej kombinacji podwieszeń: dwóch podskrzydłowych zbiorników paliwa o pojemności 1400 dm³ oraz jednego podkadłubowego o pojemności 1135 dm³. Ówczesne instrukcje amerykańskie zabraniały jednoczesnego przenoszenia trzech zbiorników oraz ciężkich bomb Mark 84 o wagomiarze 908 kg, ponieważ obawiano się, że zrzucane po opróżnieniu zbiorniki podskrzydłowe mogą uderzyć w ładunek bojowy. Izraelscy piloci i inżynierowie podjęli jednak próby w locie i całkowicie rozwiali te obawy (później tę konfigurację przejęło samo USAF). Na pustyni Negew zbudowano wierną makietę irackiego ośrodka, na której bombardowanie z lotu nurkowego ćwiczyło ośmiu wyznaczonych pilotów (oraz czterech zapasowych). Na dowódcę grupy uderzeniowej mianowano ppłk. Ze’eva Raza. Uderzenie, któremu nadano kryptonim operacja Opera (znana też jako operacja Babilon), wyznaczono początkowo na niedzielę, 10 maja 1981 r. Tuż przed startem akcję odwołał jednak premier Menachem Begin z powodu przecieku informacyjnego, o którym dowiedział się lider opozycji Szimon Peres. Gdy wywiad (Mosad) zapewnił, że szczegóły planu nie dotarły do państw arabskich, wyznaczono nowy termin: niedzielę, 7 czerwca 1981 r. Opóźnienie przyniosło niespodziewaną korzyść – technicy rozbrajający maszyny w maju odkryli, że zapalniki bomb miały błędnie ustawione zwłoki czasowe, co doprowadziłoby do sytuacji, w której bomby zrzucane przez kolejnych pilotów eksplodowałyby od uderzeń poprzedników, niszcząc lecące w formacji F-16. Niedziela 7 czerwca była terminem ostatecznym także dlatego, że spodziewano się nieobecności francuskich specjalistów. Choć sądzono, że Francuzi świętują weekend w stylu europejskim, w rzeczywistości pracowali oni według kalendarza irackiego (z wolnym piątkiem), a niedziela była dla nich zwykłym dniem pracy, ale mimo to w trakcie ataku zginął tylko jeden francuski inżynier, Serge Girod. W dniu misji wiatr wymusił zmianę kierunku startu z lotniska Etzion na Synaju. Formacja ośmiu F-16A, osłaniana na wyższym pułapie przez sześć myśliwców F-15A Baz, musiała przelecieć nad Zatoką Akaba. Przypadek sprawił, że lecące na skrajnie niskiej wysokości samoloty przeszły niemal bezpośrednio nad jachtem króla Jordanii, Husajna I. Monarcha, będący doświadczonym pilotem, natychmiast rozpoznał izraelskie maszyny, dostrzegł konfigurację bojową i zdając sobie sprawę z wektora lotu, wysłał radiowe ostrzeżenie do dowództwa w Bagdadzie. Ostrzeżenie to zostało jednak zlekceważone przez iracką służbę operacyjną, gdyż Saddam Husajn przebywał wówczas daleko od stolicy, wizytując front wojny z Iranem. Grupa kontynuowała lot na wysokości zaledwie 30 metrów nad pustynią, aby uniknąć wykrycia przez radary jordańskie, saudyjskie i irackie. Dopiero tuż przed Bagdadem formacja dynamicznie wzniosła się na wysokość ponad 2000 m, po czym przeszła do gwałtownego nurkowania pod kątem 35 stopni. Zaskoczenie było całkowite. Żadna z osłaniających rejon baterii rakietowych 2K12 Kub czy S-125 Newa nie zdążyła odpalić pocisku. Samoloty powitał jedynie chaotyczny ogień lufowej artylerii przeciwlotniczej. Wbrew obawom, niemal wszyscy piloci uderzyli z chirurgiczną precyzją. Najmłodszy uczestnik nalotu, por. Ilan Ramon (który w 2003 r. zginął jako pierwszy izraelski astronauta w katastrofie promu Columbia), leciał jako ostatni w formacji i zrzucił bomby w gęsty dym wznoszący się nad rozbitym celem. Wbrew powojennym plotkom o rzekomym chybieniu przez Ramona, oficjalne analizy IAF potwierdziły, że w kopułę reaktora o średnicy niespełna 50 metrów trafiło bezpośrednio 14 z 16 zrzuconych bomb wagomiaru 908 kg (dwie bomby zrzucone przez kpt. Iftacha Spectora osunęły się po ścianie i wybuchły tuż obok, niszcząc laboratoria). Ośrodek został trwale zniszczony, a iracki program atomowy cofnięty o dekady. Wszystkie maszyny F-15 i F-16 wróciły do baz bez jakichkolwiek strat, wykonując spektakularny rajd bojowy na dystansie ponad 1600 km w obie strony, co zapisało się jako jeden z największych sukcesów w historii wykorzystania myśliwców F-16. Na wykazanie swoich pełnych zalet jako samolotów myśliwskich izraelskie „szesnastki” (F-16A/B Netz) musiały poczekać do czerwca 1982 r., kiedy rozegrała się słynna bitwa nad doliną Bekaa. Pierwsze zwycięstwa powietrzne odniesiono jednak rok wcześniej. 28 kwietnia 1981 r. para F-16A przechwyciła i zniszczyła nad Libanem syryjski śmigłowiec Mi-8, lecący z zaopatrzeniem dla sił palestyńskich. Sukces ten zapisał na swoim koncie por. Rafi Berkovich. Było to pierwsze w historii globalnej eksploatacji F-16 zwycięstwo powietrzne. Kolejną maszynę tego typu zestrzelono niespełna kilka godzin później, a sukces odniósł dowódca 117. Dywizjonu, ppłk Ze’ev Raz. Niedługo później, 14 lipca 1981 r., ppłk Amir Nachumi (dowódca 110. Dywizjonu) zestrzelił nad Libanem syryjski myśliwiec MiG-21, co stanowiło pierwszy na świecie przypadek zestrzelenia samolotu odrzutowego przez F-16. Łącznie przed wybuchem pełnoskalowej wojny w 1982 r. izraelskie F-16 zapisały na swoje konto kilka syryjskich MiGów-21. Działający w południowym Libanie partyzanci Organizacji Wyzwolenia Palestyny (OWP) mocno dawali się we znaki ludności cywilnej w Północnej Galilei, ostrzeliwując z moździerzy i wyrzutni rakietowych BM-21 Grad przygraniczne kibuce i osiedla. Przeprowadzili oni również serię zamachów w samorządach Izraela oraz poza jego granicami. W odpowiedzi na rajdy odwetowe izraelskiego lotnictwa, Syria podjęła decyzję o rozmieszczeniu silnego, zintegrowanego systemu obrony powietrznej w rejonie kontrolowanego przez siebie libańskiego pasma górskiego Dżabal al-Baruk oraz w sąsiedniej dolinie Bekaa. Rząd Izraela, dążąc do ostatecznej likwidacji baz terrorystycznych, rozpoczął 6 czerwca 1982 r. operację lądowo-powietrzną Pokój dla Galilei. Kluczowym elementem kampanii stało się zneutralizowanie syryjskiego parasola przeciwlotniczego w dolinie Bekaa, który paraliżował swobodę działań sił własnych. Obronę tę tworzyło początkowo 19 baterii rakiet przeciwlotniczych: głównie samobieżne zestawy średniego zasięgu 2K12 Kub uzupełnione przez stacjonarne zestawy S-75M Wołchow i S-125M Newa, rozmieszczone na przygotowanych, zamaskowanych pozycjach. Architektura tego systemu miała jedną słabość – eliminacja radaru naprowadzania i kierowania ogniem danej baterii (np. stacji 1S91 dla systemu Kub) całkowicie pozbawiała zdolności bojowej podległe mu wyrzutnie. Zamiast atakować dziesiątki wyrzutni, wystarczyło uderzyć w 19 stacji radiolokacyjnych. Zadanie to wciąż pozostawało niezwykle ryzykowne, gdyż w pełni sprawny system był teoretycznie zdolny do jednoczesnego zwalczania kilkunastu celów w jednej salwie. Izraelski plan uderzenia, któremu nadano kryptonim operacja Mole Cricket 19 (Kret 19), został przygotowany z chirurgiczną precyzją. Nalot wyznaczono na godzinę 12:00 w dniu 9 czerwca 1982 r., jednak ostateczna zgoda rządu nadeszła z opóźnieniem, o 13:30. Formacje myśliwców Kfir, A-4 Skyhawk, F-4E Phantom II, F-15A Baz i F-16A Netz natychmiast wystartowały alarmowo. Aby zmusić Syryjczyków do ujawnienia swoich pozycji, Izraelczycy zastosowali taktykę walki elektronicznej i forteli. Nad dolinę Bekaa wysłano chmary bezzałogowych aparatów latających (bsp Tadiran Mastiff i IAI Scout). Syryjskie radary wzięły je za pierwszą falę uderzeniową i włączyły stacje naprowadzania, przygotowując się do strzału. Dodatkowo z samolotów F-4E i stanowisk lądowych wystrzelono szybujące pułapki radarowe, bezzałogowe cele pozorne typu Samson oraz napędzane silnikami rakietowymi Delilah. Gdy zdezorientowane syryjskie baterie otworzyły ogień do celów pozornych, ich radary stały się natychmiast widoczne dla nadlatujących na skrajnie niskim pułapie 24 samolotów F-4E Phantom II. Phantomy odpaliły pociski przeciwradiolokacyjne AGM-45 Shrike oraz nowsze AGM-78 Standard ARM. Ponieważ starsze rakiety Shrike traciły namiar po wyłączeniu radaru przez przeciwnika, załogi Phantomów zbliżały się na odległość strzału, by w przypadku wyłączenia stacji natychmiast ponowić atak kierowanymi optoelektronicznie pociskami AGM-65 Maverick. Koordynację operacji ułatwiał krążący na bezpiecznej wysokości samolot wczesnego ostrzegania E-2C Hawkeye, a misje zakłócania syryjskiej łączności i dowodzenia realizował wyspecjalizowany Boeing 707 walki elektronicznej. W wyniku skoordynowanego uderzenia w niespełna kilkanaście minut zniszczono radary większości syryjskich baterii. Na bezbronne stanowiska rakietowe runęła druga i trzecia fala uderzeniowa złożona z samolotów Kfir, A-4 Skyhawk oraz wielozadaniowych F-16A. Maszyny z lotu nurkowego zasypały pozycje wroga bombami klasycznymi, niszcząc wyrzutnie oraz wozy logistyczne. Podczas tych intensywnych ataków nad doliną Bekaa stracono jeden samolot A-4 Skyhawk (pilot kpt. Aharon Achiaz wykatapultował się i dostał się do niewoli). Była to jedyna strata bojowa IAF w tej fazie operacji. Do końca dnia 17 z 19 syryjskich baterii przestało istnieć. Dopiero w tym momencie dowództwo w Damaszku rzuciło do rozpaczliwej walki własne lotnictwo myśliwskie, nad dolinę Bekaa skierowano około 100 myśliwców MiG-21, MiG-23 oraz szturmowych Su-22. Doszło do największej bitwy powietrznej od czasów wojny koreańskiej. Na zbliżające się formacje syryjskie naprowadzono krążące na dużej wysokości myśliwce F-15A Baz, które wykorzystując dane z E-2C Hawkeye, odpaliły z dużego dystansu pociski kierowane radarowo AIM-7F Sparrow. Syryjskie samoloty, pozbawione własnej kontroli radiolokacyjnej z ziemi z powodu zakłóceń, leciały w zwartych formacjach i poniosły ciężkie straty. Gdy syryjski szyk uległ rozproszeniu i starcie przekształciło się w kołową walkę manewrową, do akcji wkroczyły zwrotne myśliwce F-16A Netz. Wykorzystując pociski naprowadzane na podczerwień AIM-9L Sidewinder oraz izraelskie Shafrir 2, a także działka pokładowe, załogi F-16 urządziły pogrom uciekającym maszynom wroga. Wbrew pierwotnym, skromnym szacunkom z dawnych analiz, bilans samej tylko operacji Mole Cricket 19 i kolejnych dni starć (9–11 czerwca) zamknął się porażającym wynikiem: izraelskie lotnictwo zestrzeliło od 82 do 86 syryjskich samolotów bez ani jednej straty własnej w walkach powietrznych. Myśliwce F-16 zapisały na swoje konto aż 44 zestrzelenia (czyli ponad połowę sukcesów koalicji), stając się niekwestionowanym triumfatorem tej bitwy. To są oczywiście dane izraelskie, Rosjanie podają zupełnie inne wyniki bitwy. Według oficjalnych raportów ZSRR, Syria straciła w walkach powietrznych jedynie od 32 do 37 samolotów (głównie starszych wersji MiG-21 oraz nowszych MiG-23MS), jednocześnie przypisywano im zestrzelenie aż 68 izraelskich samolotów (okazało się to kompletną nieprawdą). Rosyjskie podręczniki taktyki wojskowej przez lata opisywały starcie z 11 czerwca 1982 r., w którym syryjski pilot kpt. Tomah al-Masri, lecąc na MiGu-23MS, miał rzekomo zestrzelić izraelskiego F-16 za pomocą pocisków R-13M z bliskiej odległości, zanim sam został zestrzelony przez innego F-15. W rezultacie, choć Moskwa oficjalnie ogłosiła „zrównoważony bilans bitwy”, to skala klęski syryjskiej OPL i lotnictwa była dla radzieckich generałów szokiem. Doprowadziła ona do natychmiastowego odwołania ze stanowisk kilku wysokich rangą dowódców Wojsk Obrony Przeciwlotniczej ZSRR (np. gen. płk Jewgienij Jurasow, szef misji w Syrii) i wymusiła pilne rozpoczęcie prac nad modernizacją radarów i systemów walki elektronicznej w nowo projektowanych myśliwcach MiG-29 i Su-27. Następnego dnia na izraelskie samoloty przygotowujące grunt własnym wojskom lądowym znów ruszyły syryjskie MiGi. Scenariusz walki powietrznej niemal dokładnie powtórzono, lecz tym razem syryjska formacja rozsypała się natychmiast po odpaleniu Sparrowów przez F-15. Doszło do manewrowych walk na małe odległości, w których brały udział zarówno F-16, jak i F-15. „Szesnastkom” przypadło w udziale zestrzelenie 37 MiGów tylko pierwszego dnia. Jeden z pilotów, kpt. Eytan Stibbe (drugi astronauta izraelski), w jednym locie odniósł cztery zwycięstwa (MiG-23MS, dwa Su-22M2 i Gazelle)! Są to liczby zawarte już w przedstawionym wyżej ogólnym bilansie walk. Wszystkie izraelskie myśliwce wróciły do swych baz, choć mniej zwrotne F-15 odniosły liczne uszkodzenia, głównie ogniem z 23 mm działek GSz. Do chwili obecnej według źródeł izraelskich (np. przetłumaczona na angielski książka płk Elizar'a Cohen'a „The Izraeli Best Defense”), jak i brytyjskich (kwartalnik „Air Power Journal”), a także amerykańskich (oficjalne źródła DoD) są zgodne, że izraelskie F-16 zestrzeliły w czasie bitwy nad doliną Bekaa 44 samoloty przeciwnika, nie ponosząc żadnych strat. Największy sukces odniósł dowódca 117. Dywizjonu, ppłk (później gen. bryg.) Amir Nachumi, as z ostatecznie 14 zwycięstwami powietrznymi. Cztery samoloty zestrzelił też mjr Eliezer Adar ze 117. Dywizjonu. Warte przytoczenia są też informacje izraelskie na temat ich oceny F-16 w stosunku do F/A18. Państwo to wahało się, czy w miejsce jednosilnikowych F-16 nie zakupić bezpieczniejszych maszyn dwusilnikowych. Największym przeciwnikiem zakupu „latającego zbiornika paliwa, którego jedno trafienie rozrywa na strzępy nie pozostawiając śladu na niebie” był Ze’ev Raz, późniejszy wielokrotny zwycięzca, dowódca pierwszej izraelskiego dywizjonu „szesnastek”. To właśnie on najgłośniej narzekał na małą odporność F-16 na polu walki, optując za większym i dwusilnikowym F/A-18. Kiedy po latach zapytano go, czy nadal uważa, że F-16 jestć mało odporny w walce odpowiedział: „nie myliłem się wtedy, gdy tak mówiłem. Nadal uważam, że gdyby były one trafione, nie zostałby po nich naweć najmniejszy ślad. Czy to moja wina, że żaden z nich nie został trafiony?” Wypowiedź tą można wyjaśnić na przykładzie II wojny światowej, brytyjski bombowiec Wellington był co prawda o wiele odporniejszy od drewnianego Mosquito, ale te ostatnie ponosiły mniejsze straty. Ich atutem była nie odporność konstrukcji na ogień przeciwnika lecz duża prędkość i pułap lotu. Podobnie jest z F-16 – dzięki swej zwrotności i środkom walki radioelektronicznej najczęściej unika on trafienia. Łącznie izraelskim F-16 do czerwca 1982 r. przypisuje się 52 zestrzelenia powietrzne (2 śmigłowce i 6 samolotów zestrzelonych przed bitwą oraz 44 – w czasie sławnej bitwy nad Bekaa). Do chwili obecnej jest to już ok. 82 zwycięstw powietrznych. Na zdjęciu General Dynamics F-16A Netz ze 116. Dywizjonu "Lwy Południa" )Arayot HaDarom) z bazy Nevatim, ale służył w różnych dywizjonach. Choć w dokumentacji USAF figuruje w podgrupie produkcyjnej Block 10D (numer seryjny producenta: 6V-59, USAF 80-0660), to jednak uważany jest za pierwszy Block 15 dla Izraela z większym statecznikiem poziomym. Fot. IDF Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
7
7
68
2,892
Fragment książki o F-16 która jest właściwie napisana Modernizacja PoBIT (Post Block Integration Team) W 2019 r. zdecydowano się na zmodernizowanie aż 608 samolotów F-16C/D Block 40/42/50/52 należących do USAF do standardu zbliżonego w wersji F-16V Block 70/72 poprzez bardzo głęboką modernizację wyposażenia i uzbrojenia. Modernizacja dotyczyła używanych w USAF samolotów tych wersji. Program ruszył z początkiem 2022 r. i zgodnie z planem modernizacje PoBIT mają zostać sfinalizowane w 2028 r. Jest on połączony z remontami płatowców i kolejnymi programami SLEP zmierzającymi do wzmocnienia struktury płatowca oraz wydłużenia resursów. Prace remontowe i modernizacyjne wykonuje się w wojskowym zakładzie remontowym Ogden Air Logistics Complex (baza Hill, Utah). Plan modernizacji obejmuje: Block) F-16C F-16D Łącznie wariantu Block 40 (silniki GE) 197 25 222 Block 42 (silniki PW) 65 14 79 Block 50 (silniki GE) 224 33 257 Block 52 (silniki PW) 42 8 50 RAZEM FLOTA PoBIT 528 80 608 Stary radar mechaniczny AN/APG-68 jest zastępowany radarem z aktywnym skanowaniem fazowym (AESA) Northrop Grumman AN/APG-83 SABR (Scalable Agile Beam Radar). Pozwala on na jednoczesne śledzenie ponad 20 celów, wyraźnie zwiększa zasięg wykrywania celów powietrznych, ma zwiększoną odporność na zakłócenia elektroniczne (ECM) oraz generuje mapy terenu o o jeszcze większej rozdzielczości na zakresie SAR. Na architekturę opartą o radar AN/APG-81 z samolotu F-35A. W ramach programu PoBIT dokonywana jest wymiana dotychczasowego komputera misji na nowoczesny komputer MMC (Modular Mission Computer) serii 7000, dysponujący zwielokrotnioną mocą obliczeniową, która jest niezbędna do przetwarzania danych strumieniowych z nowego radaru AESA. W kabinie instalowany jest nowy, centralny wyświetlacz ciekłokrystaliczny CPD (Center Pedestal Display) o wysokiej rozdzielczości i powierzchni wyświetlania 152 x 203 mm, który prezentuje pilotowi zintegrowany, syntetyczny obraz sytuacji taktycznej. Głęboką modernizację przechodzą również systemy transmisji danych. Wdrażany jest terminal standardu Link 16 typu MIDS JTRS (Multifunctional Information Distribution System Joint Tactical Radio System) w standardzie Concurrent Multi-Netting-4 (CMN-4). Umożliwia on płynną, szerokopasmową i cyfrową wymianę informacji o celach z maszynami V generacji (F-35 i F-22), a także z systemami przeciwlotniczymi Patriot i samolotami wczesnego ostrzegania AWACS. Równolegle na pokładzie montowany jest zmodernizowany modem danych taktycznych SADL (Situation Awareness Data Link), poprawiający współdziałanie z siłami lądowymi. Główna różnica polega na tym, że Link 16 to globalny standard wielozadaniowy dla całego NATO, podczas gdy SADL to wyspecjalizowane, lokalne łącze stworzone do bezpośredniej współpracy lotnictwa z wojskami lądowymi. Link 16 (MIDS JTRS) operuje w paśmie UKF na częstotliwościach 960–1215 MHz, a SADL działa w niższym paśmie UKF, na częstotliwościach 420–450 MHz. Dotychczasowe, analogowe radiostacje AN/ARC-164 HAVE QUICK II oraz AN/ARC-222 wylatują z luku awioniki. Ich miejsce u boku terminala MIDS zajmuje fabrycznie nowa, wielopasmowa radiostacja definiowana programowo (SDR) typu AN/ARC-238 (produkcji Rohde Schwarz), obsługująca najnowszy natowski protokół bezpiecznej łączności głosowej SATURN. Wymianie podlegają także urządzenia identyfikacji swój-obcy – stare transpondery są zastępowane przez nowoczesny system IFF Mode 5 (w wersji AN/APX-126 lub pokrewnej), który wykorzystuje zaawansowane kryptograficznie, zmienne algorytmy szyfrowania, odporne na podsłuch i próby zakłócenia przez przeciwnika. Wybrane dywizjony Post-Block (zwłaszcza z zadań SEAD/DEAD) otrzymują zintegrowany system walki cyfrowej nowej generacji, który potrafi wykrywać, lokalizować i cyfrowo zagłuszać najnowocześniejsze systemy radiolokacyjne przeciwnika. Jest to Northrop Grumman AN/ALQ-257 IVEWS (Integrated Viper Electronic Warfare Suite). W przeciwieństwie do starszych systemów, które działały w ograniczonych zakresach częstotliwości, IVEWS operuje w bardzo szerokim, ciągłym paśmie radiowym. Oznacza to, że system potrafi jednocześnie wykrywać, identyfikować i cyfrowo zakłucać radary przeciwnika działające na falach o różnej długości, od radarów wczesnego ostrzegania po stacje naprowadzania pocisków rakietowych. Sercem systemu jest technologia DRFM (Digital Radio Frequency Memory), która pozwala na przechwycenie sygnału wrogiego radaru, błyskawiczne jego zmodyfikowanie i odesłanie z powrotem fałszywej informacji, co całkowicie oszukuje systemy radarowe wroga. Northrop Grumman, będąc producentem zarówno radaru AN/APG-83 SABR, jak i systemu IVEWS, zaprojektował oba urządzenia tak, aby działały w idealnej synergii. Systemy te „rozmawiają” ze sobą w ułamkach milisekund, dzięki czemu IVEWS może prowadzić agresywne zakłócanie elektroniczne wroga dokładnie w tym samym momencie, w którym radar SABR bez żadnych przeszkód śledzi cele powietrzne i naziemne. Jest to system całkowicie wewnętrzny, montowany w strukturze płatowca F-16. Stara szyna danych standardu MIL-STD-1553 miała zbyt małą przepustowość, by obsłużyć wielką ilość informacji z nowego radaru. W ramach PoBIT instaluje się szybką, światłowodową sieć Ethernet, która pozwala na szybki transfer danych o celach pomiędzy radarem, komputerem misji a wyświetlaczami w kabinie. Dokonywana jest też unifikacja komputerów sterowania lotem (Fly-By-Wire) do najnowszego standardu, co poprawia charakterystyki pilotażowe maszyn Post-Block i pozwala na bezproblemową współpracę z automatycznymi systemami antykolizyjnymi. Dodatkowo instaluje się Programowalny Cyfrowy Generator Map (TAMMAC), który dostarcza pilotowi trójwymiarowe, cyfrowe mapy rzeźby terenu o wysokiej rozdzielczości, zintegrowane z systemem ostrzegania o bliskości ziemi (Auto-GCAS). System automatycznie nanosi na mapę strefy rażenia wykrytych wrogich baterii przeciwlotniczych. Ponadto wymienia się w samolotach generatory prądu na wersje o znacznie większej mocy oraz modyfikuje wewnętrzne systemy chłodzenia powietrznego i cieczowego w kadłubie, zabezpieczając awionikę przed przegrzaniem. Na samolotach montuje się nowy zintegrowany układ nawigacji bezwładnościowej i odbiornik GPS typu LN-260 M-Code (Northrop Grumman LN-260 Advanced Embedded GPS/INS z modułem MGUE – Military GPS User Equipment, oznaczenie wojskowe AN/ASN-175). Sercem nowej konfiguracji satelitarnej jest karta odbiornika z technologią M-Code, dostarczana najczęściej przez firmę L3Harris lub Raytheon (RTX). Zapewnia ona bezpośredni dostęp do głęboko szyfrowanych sygnałów militarnych z satelitów nowej generacji GPS III. Sam układ bezwładnościowy bazuje na monolitycznych żyroskopach laserowych oraz akcelerometrach o podwyższonej stabilności produkowanych przez Northrop Grumman, co gwarantuje zminimalizowany współczynnik dryfu pozycji w warunkach całkowitego zakłócania GPS (GPS-denied environment). Dotychczasowy odbiornik TACAN Rockwell Collins AN/ARN-118(V) lub nowszy AN/ARN-154(V), który działał w oparciu o architekturę analogową, zostaje zastąpiony przez cyfrowy Colins Aerospace (RTX) AN/ARN-154(V)5. Podobnie jest z odbiornikiem ILS, wymienianym na cyfrowy, szyfrowany (trudnowykrywalne przez przeciwnika radiolatarnie ścieżki i kursu). Malowanie Have Glass V w charakterystycznym, ciemnografitowym malowaniu „Dark Viper” nie jest związane z modernizacją PoBIT, ale jest nakładane mniej więcej równolegle z nią, choć nie można używać go do "pewnej" identyfikacji zmodernizowanego samolotu, są wyjątki w obie strony. Have Glass V to najnowsza generacja specjalistycznej powłoki lakierniczej o właściwościach pochłaniających promieniowanie radarowe (RAM – Radar Absorbent Material), nakładanej na poszycie strukturalne amerykańskich oraz wybranych sojuszniczych myśliwców F-16. W przeciwieństwie do starszych powłok RAM, które bazowały na grubych, ciężkich warstwach ferromagnetycznych (zwiększających masę samolotu i podatnych na łuszczenie), Have Glass V wykorzystuje technologię mikroskopijnych cząstek metalicznych. Klasyczny, niemodyfikowany F-16 posiada skuteczną powierzchnię odbicia radarowego (RCS) na poziomie około 5 m². Po nałożeniu pełnej powłoki Have Glass V (w zależności od kąta opromieniowania), wskaźnik RCS myśliwca spada według niezależnych analiz do około 1,2–1,5 m², a w niektórych pozycjach nawet poniżej 1 m². Oczywiście to bardzo daleko do F-35 czy F-22, ale poważnie utrudnia wykrycie. Modernizacja JEON (Joint Emergency Operational Need) dla Gwardii Narodowej Program JEON narodził się z pilnej potrzeby zgłoszonej przez Dowództwo Północnoamerykańskiej Obrony Powietrznej i Kosmicznej (NORAD). Tradycyjne myśliwce F-16 Gwardii Narodowej, pełniące pokojowe dyżury bojowe QRA / ACA (Aerospace Control Alert), były wyposażone w przestarzałe radary z mechanicznym skanowaniem z serii AN/APG-68. W przeciwieństwie do powolnych, ciągnących się latami procedur przetargowych Pentagonu, status JEON pozwolił na ominięcie biurokracji i natychmiastowe skierowanie środków finansowych na montaż nowoczesnych radarów z aktywnym skanowaniem fazowym (AESA) AN/APG-83 SABR (koncernu Northrop Grumman). Pakiety modernizacyjne z radarem AESA z najwyższym priorytetem zainstalowano zarówno na maszynach Post-Block (PoBIT), jak i na 86 najstarszych samolotach Pre-Block (Block 25 i Block 32) eksploatowanych przez Gwardię Narodową, dlatego czasem też program jest nazywany PreBIT. Pierwszą jednostką Gwardii Narodowej, która została w całości zmodernizowana w ramach pilnego programu JEON, było 113. Skrzydła Myśliwskie Dystryktu Kolumbii, stacjonujące w bazie Joint Base Andrews w stanie Maryland. Program JEON był „strażą pożarną” – skupiał się na szybkim i masowym montażu radaru AESA (AN/APG-83) oraz niezbędnego minimum awionicznego (nowe wyświetlacze cyfrowe, zmodernizowane komputery misji) na wybranych maszynach do obrony kraju. Stał się on jednak bezpośrednim fundamentem i katalizatorem dla opisanego wcześniej, wielkiego programu PoBIT, który w kolejnych latach przejął te doświadczenia i objął kompleksową, głęboką modernizacją (wliczając systemy IVEWS i łączność MIDS-JTRS) całą flotę 608 maszyn Post-Block. Program JEON udowodnił, że radar AESA można sprawnie zintegrować nawet ze starszymi płatowcami F-16 Block 25/32. Starsze wersje komputerów pokładowych otrzymały nowe pakiety oprogramowania (Operational Flight Program – OFP), zdolne do przeliczania algorytmów śledzenia celów o małej skutecznej powierzchni odbicia (RCS). Aby pilot mógł w pełni wykorzystać potencjał mapowania i śledzenia radaru SABR, zmodernizowano ekrany wielofunkcyjne (MFD), dostosowując je do wyświetlania cyfrowego obrazu o wysokiej rozdzielczości. Układ celowniczy dostosowano do odpalania najnowszych wersji pocisków dalekiego i krótkiego zasięgu, współpracujących z celownikami nahełmowymi JHMCS - AIM-120D AMRAAM i AIM-9X Sidewinder. Block/Napęd F-16C F-16D Łącznie Block 25 (silniki Pratt & Whitney F100) 19 4 23 Block 30 (silniki General Electric F110) 36 6 42 Block 32 (silniki Pratt & Whitney F100) 18 3 21 RAZEM FLOTA JEON (ANG) 73 13 86 W odróżnieniu od PoBIT, JEON objął tylko część wyposażenia każdego z wybranych dywizjonów Gwardii Narodowej. Niektóre dywizjony Gwardii Narodowej eksploatują też samoloty Block 40 i wyżej po „pełnokrwistym" PoBIT. JEOF ruszył na przełomie 2017 i 2018 r., a fizyczną przebudowę zaczęto z końcem 2019 r. Program całkowicie zakończono wiosną 2022 r. i od razu ruszył pełnoskalowy program PoBIT. Na pierwszym zdjęciu jest myśliwiec F-16C Block 40 (88-0808, znanym również pod własną nazwą „BOB”) należący do 51. Skrzydła Myśliwskiego (OS) w bazie Osan Air Base w Korei Południowej po modernizacji PoBIT. Maszyny z Osan przeszły pełne 22 modyfikacje (w tym instalację radaru nowej generacji, nowego centralnego wyświetlacza w kabinie CDP oraz systemów walki elektronicznej). Fot. USAF Na drugim zdjęciu myśliwiec F-16CM Block 50 o numerze seryjnym 90-0800 z 52. Skrzydła Myśliwskiego z bazy Spangdahlem w Niemczech Wszystkie aktywne myśliwce F-16 z bazy Spangdahlem (należące do USAFE, czyli Sił Powietrznych USA w Europie) zostały włączone do wielkiego programu PoBIT (Post Block Integration Team), czyli całość stacjonującego tu 480. Dywizjonu Myśliwskiego. Fot. Staff Sgt Trevor T McBride/U.S. Air Force F-16C Block 30 należących do 113. Skrzydła Gwardii Narodowej Dystryktu Kolumbii, trzy na pierwszym planie są po JEON i mają radary AN/APG-83 SABR. Fot. USAF ANG F-16C Block 50B należący do 122. Skrzydła Myśliwskiego Lotnictwa Gwardii Narodowej stanu Indiana, stacjonującego w bazie Fort Wayne po pełnej modernizacji PoBIT. Fot. USAF ANG Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
2
5
75
2,503
GRA CIENI - HIMERA, CZYLI JAK W ROSJI KUPUJE SIĘ ADRES GENERAŁA Ostatnio dużo dzieje się na świecie, ja natomiast patrzę tam, gdzie inni nie patrzą. W międzyczasie przedstawię Państwu tajniki kuchni wywiadu, szczególnie bliskie tym, którzy pracują na kierunku rosyjskim. Czyli jak kupuje się adres rosyjskiego generała i czym jest owa „Himera”. Zapraszam. Prolog - „Himera” Rosyjski handel wyciekłymi danymi stał się narzędziem do namierzania ludzi. Państwo rosyjskie karze płotki, właściciele największego sklepu z danymi w Federacji Rosyjskiej zeznają jako świadkowie, a zabici generałowie służą za argument w bójce o stanowiska w Moskwie. To proste streszczenie całej historii, która rozgrywa się w cieniu wielkiej polityki i słynnych negocjacji pokojowych. 16 października generał Władimir Aleksiejew po raz pierwszy od zamachu pokazał się publicznie. Przypomnę, że to bliski współpracownik legendarnego, nieżyjącego już szefa byłego GRU generała Igora Sierguna i jeden z jego głównych przybocznych obok gen. Aleksieja Diumina, dziś pomocnika prezydenta FR i sekretarza Rady Państwa. Tego samego dnia po rosyjskim Telegramie zaczął krążyć tekst o prostej tezie. Rosyjskich generałów zabija się dzięki „Himerze”, czyli najbardziej znanemu rosyjskiemu serwisowi do sprawdzania ludzi po wyciekłych bazach, a jej bliźniaczy serwis NOX nadal sprzedaje każdemu chętnemu adresy, zdjęcia i wykazy połączeń telefonicznych oficerów Sztabu Generalnego. Gdybym chciał, sprzedałby i mnie, żaden problem. Autorzy tych rosyjskich tekstów twierdzą, że wpisali dane zabitych generałów, a serwis pokazał dokładnie te adresy, pod którymi doszło do zamachów. Przyznam, że teza brzmi mocno nawet jak na Rosję, ale nikt jej jak dotąd nie udowodnił. Ciekawsze jest to, co ten przekaz pokazuje przy okazji, czyli jak w Rosji działa rynek wyciekłych danych. Tak, bo rynek takich danych w Federacji Rosyjskiej jest przeogromny. To dziurawe państwo, ale ostrzegam, tylko z pozoru. Jak wszystko w Rosji, wyciek nie zawsze oznacza czyjąś niezamierzoną nonszalancję. Ona oczywiście istnieje, ale uważam, że często ma wymiar zamierzony. I tu dochodzimy do głównego pytania. Dlaczego państwo tego rynku nie zamyka i jak rosyjskie służby używają takich historii w walce między sobą. O tym za chwilę. Co to jest „probiw” Zacznijmy od słowa, bez którego nic tu nie będzie zrozumiałe. „Probiw”, dosłownie „przebicie”, to w rosyjskim slangu operacyjnym sprawdzenie człowieka po bazach danych, do których nie powinno się mieć dostępu. Dawniej za moich czasów robił to znajomy rosyjski policjant za butelkę koniaku. Dziś robi to bot w Telegramie. Wpisujesz numer telefonu, nazwisko albo numer rejestracyjny auta, płacisz kilkadziesiąt rubli, czyli mniej niż dolara, i dostajesz kartę. Kto to jest, gdzie mieszka, czym jeździ, z kim rozmawia - do kogo dzwonił, jak wygląda. Dane pochodzą z wycieków. Rosyjskie państwo przez dwadzieścia lat budowało wielkie scentralizowane rejestry, od meldunków i nieruchomości po kontrolę graniczną, i przez te same dwadzieścia lat nie potrafiło upilnować własnych urzędników, którzy je kopiowali i sprzedawali. Himera była największym takim sklepem. Według ustaleń dziennikarza śledczego Andrieja Zacharowa miała około dwustu tysięcy aktywnych użytkowników. Najważniejsze jest jednak coś innego. Do końca 2024 roku bezpłatny dostęp do Himery miało około trzech tysięcy jednostek rosyjskiej policji, bo bot był wygodniejszy niż oficjalne resortowe bazy. Innymi słowy rosyjskie państwo nie tolerowało nielegalnego handlu danymi własnych obywateli. Ono z niego korzystało. Zresztą nie tylko ono. Pod koniec 2024 roku do rosyjskiego kodeksu karnego wpisano artykuł 272.1, który grozi dziesięcioma latami więzienia za handel wyciekłymi danymi. Około czterdziestu procent takich serwisów zniknęło. Himera ogłosiła, że wywiozła swoich pracowników za granicę. Z późniejszych materiałów sądowych, do których dotarłem, wynika, że jej serwisy milczały tylko przez półtora miesiąca, od 10 grudnia 2024 do końca stycznia 2025 roku, po czym wszystko wróciło do ustalonej normy. Jeśli nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o pieniądze. Kto na tym zarabia Za nielegalnym botem z rosyjskimi danymi stoi legalna firma. Nazywa się OOO „Odissiej-Info”, jest zarejestrowana w Moskwie i oficjalnie prowadzi serwis Odyssey Search, który sprzedaje bankom i firmom telekomunikacyjnym usługi sprawdzania klientów. Kieruje nią i współposiada Stanisław Kiriłłow. Uwaga, zbieżność nazwiska z zabitym generałem jest przypadkowa. Firma zarobiła w 2024 roku 219 milionów rubli (około 2,7 mln dolarów), a w 2025 roku już 314 milionów (około 3,9 mln dolarów), z czego blisko 129 milionów (około 1,6 mln dolarów) to czysty zysk. Model jest prosty. Ten sam zbiór danych sprzedaje się bankom jako narzędzie do weryfikacji klientów i anonimowemu użytkownikowi Telegrama jako kartę z pełnym obrazem życia dowolnego człowieka. I tu uwaga. W takim systemie można znaleźć każdego, a jak ma się kontakty, można w nim też każdego stworzyć. Resztę dopowiedzcie sobie Państwo sami. Baza graniczna, czyli najgroźniejszy towar Najważniejsza w tej historii nie jest Himera, tylko jedna konkretna baza, matka wszystkich baz. W 2024 roku do obiegu trafił wyciek z FSB, czyli rosyjskiej służby bezpieczeństwa, która kontroluje także granice. Zawierał zapisy przekroczeń granicy wraz ze zdjęciami ludzi robionymi w budkach kontroli paszportowej. Dla każdego, kto chce kogoś namierzyć, to skarb. Oficerowie wywiadu i Sztabu Generalnego nie prowadzą profili w mediach społecznościowych, więc ich twarzy nie da się znaleźć w internecie. W bazie granicznej jest każdy, kto choć raz wyjechał z Rosji, a na starą sowiecką modłę obok twarzy jest wszystko, z dosłownym rozmiarem buta figuranta. Takie źródło to istny święty Graal zachodnich służb. Oczywiście ta baza stała się przedmiotem śledztwa, które mówi o Rosji więcej niż niejeden raport. Administrator techniczny Himery Artiom Tieniszew zeznał, że baza leżała na serwerach Himery, została na krótko udostępniona użytkownikom, a potem usunięta. On sam zdążył ją pobrać i sprzedał, uwaga, za 35 tys. dolarów właścicielom mniejszego, konkurencyjnego bota Userbox. I to twórca Userboxa Igor Morozkin siedzi dziś na ławie oskarżonych za wyciek bazy FSB. Stanisław Kiriłłow zeznał w lipcu 2025 roku, że jego serwisy kupiły w sumie około stu pięćdziesięciu różnych baz, ale on nie wnikał, skąd pochodzą, bo zajmował się tym jeden współpracownik, który teraz nie wiadomo gdzie jest. No właśnie, gdzie on jest. Podsumowując, właściciele największego serwisu nielegalnych danych, czyli Himery, są w tej sprawie świadkami, nie oskarżonymi. To też bardzo ciekawe. Równolegle sąd w podmoskiewskich Chimkach skazał 10 września 2026 roku na 13 lat kolonii karnej Antona Niestierowa, byłego oficera tajnego pionu technicznego rosyjskiej policji, za skopiowanie i próbę sprzedaży innej tajnej bazy. W relacjach z procesu nabywcą jest „haker”. Dopiero 2 października portal Mash, bliski rosyjskim służbom, napisał, że chodziło o wspomnianą Himerę, i uwaga, w ciągu doby ten materiał zniknął z rosyjskiej sieci. Jeszcze wcześniej, 20 lutego 2026 roku, rosyjska cyberpolicja ogłosiła oficjalnie, że serwisy do „probiwu” służyły zagranicznym call center, i jak wspominałem nie tylko im, do zbierania danych o wojskowych i funkcjonariuszach w celu przygotowania zamachów. Żadnego serwisu nie wymieniła z nazwy. Obraz jest więc dla mnie jasny. W Rosji istnieje komercyjny obieg niejawnych zdjęć obywateli z kontroli granicznej, danych o nieruchomościach, wykazów połączeń i wielu innych. Państwo o tym oczywiście wie. Karze sprzedawców pojedynczych baz i właścicieli mniejszych botów, a właściciele największej platformy, z przychodem ponad 300 milionów rubli rocznie (około 3,7 mln dolarów), zeznają jako świadkowie. Oceniam, Szanowni Państwo, że owa Himera służy też rosyjskim służbom, na przykład do wyłapywania obcych nielegałów na własnym terenie oraz do miękkiego legendowania własnych operacji w Rosji i w państwach sąsiednich. Wystarczy, że FSB zrobi sobie zrzut z Himery i porówna go z własnymi danymi, by zobaczyć, kto się w Rosji zagnieździł. A że przy okazji wykorzystano to narzędzie do wzajemnego okładania się, cóż, taki lokalny folklor rosyjskich służb, który obecnie wybija na zewnątrz. Czy generałów zabito dzięki Himerze Tu trzeba być uczciwym. Fakty o zamachach się zgadzają. Igor Kiriłłow, dowódca wojsk chemicznych, zginął 17 grudnia 2024 roku od ładunku w hulajnodze pod własną klatką na Prospekcie Riazańskim. Jarosław Moskalik, generał Sztabu Generalnego, zginął 25 kwietnia 2025 roku w podmoskiewskiej Bałaszysze, gdy wychodził z domu. Do Aleksiejewa, zastępcy szefa wywiadu wojskowego, strzelano 6 lutego 2026 roku o wpół do siódmej rano w holu przy windach na dwudziestym czwartym piętrze jego bloku. W każdym przypadku zamachowiec wiedział, gdzie cel naprawdę mieszka, jak wygląda i o której wychodzi. Te operacje opracowano profesjonalnie. Rosyjscy autorzy twierdzą, że dokładnie te cztery rzeczy, twarz, prawdziwy adres, biling i miejsce służby, Himera sprzedaje w jednej karcie za grosze, a raczej za kopiejki. Tak sobie myślę, że być może tak jest. Ale żaden komunikat FSB, żaden akt oskarżenia w tych sprawach nie wspomina o Himerze ani o żadnym innym serwisie. Zdanie „różne źródła potwierdzają” nie ma za sobą ani jednego nazwanego źródła. Autorzy mylą nawet prawdziwe nazwisko pisarza Zachara Prilepina, który też miał być w Himerze sprawdzany. To nie jest wynik dochodzenia. To jest komunikat, który ktoś chciał wysłać. Kto i po co wysłał ten komunikat Żeby to zrozumieć, trzeba wiedzieć, jak w Rosji operacyjnie działa kompromat. Kompromat - to materiał obciążający, prawdziwy, półprawdziwy albo zmyślony, publikowany w odpowiednim momencie, żeby komuś zaszkodzić. W Rosji istnieją wyspecjalizowane kanały w Telegramie, które żyją z publikowania takich materiałów na zlecenie. Największe, jakie znam, to WCzK-OGPU i Niezygar. Nikt nie wie na pewno, kto za nimi stoi, ale wszyscy w Moskwie (i jedna na mazowszu:)) je czytają, bo przez nie przemawiają skłócone frakcje w służbach i biznesie. Tekst o generałach jest kolejnym odcinkiem serii, którą od 2 października prowadzi WCzK-OGPU, opisując Himerę jako przestępczą grupę działającą pod ochroną funkcjonariuszy. Niezygar wyłożył, o co naprawdę chodzi. W FSB spodziewane jest odejście Aleksieja Dorofiejewa, który od 2013 roku kieruje moskiewskim biurem (zarządem) FSB, jednym z najpotężniejszych stanowisk w całym aparacie bezpieczeństwa. Za głównego kandydata na jego miejsce uchodzi Aleksiej Wiertiaszkin, szef pionu bezpieczeństwa wewnętrznego FSB, czyli komórki, która ściga nadużycia we własnych szeregach i która prowadzi śledztwo w sprawie wspomnianej bazy granicznej. Dodam, że w każdej służbie „operacyjni” nie lekko mówiąc znoszą wewnętrznych „bezpieczników”, a w rosyjskich te walki są już legendarne. Tutaj szef bezpieczników ma zasiąść za jednym z pierwszych biurek operacyjnych. Istna herezja, dlatego walka jest tak ostra. Co ciekawe, anonimowe źródło Niezygara twierdzi, że Wiertiaszkin kiedyś aprobował projekt Himery jako narzędzie operacyjne. Dokumentów na to nikt nie pokazał. I tu wszystko się składa. Historia o tym, że Himera sprzedawała adresy zabitych generałów, uderza w człowieka, który ma objąć moskiewskie biurko FSB, i w jego otoczenie. Uderza także w kontrwywiad wojskowy FSB, odpowiedzialny za bezpieczeństwo generałów, w którym po zamachu na Aleksiejewa już poleciały głowy operacyjnych z kontry (Rosja nie ma samodzielnego kontrwywiadu wosjkwego). Przy okazji korzysta konkurencja, bo ta sama seria wpisów wymienia z nazwy inne serwisy sprzedające dane. Zabici generałowie i Himera są w tej konstrukcji narzędziem, nie przedmiotem troski. To bardzo ciekawy wniosek. Tak właśnie wygląda praca na kierunku wschodnim. Niby wszystko wiadome, ale interpretacja zawsze okazuje się odkrywcza. To, co w tym cyklu nazywałem mozaiką wywiadowczą użytą ofensywnie. Pojedyncze kamyki są prawdziwe. Baza graniczna istnieje, Kiriłłow zeznawał, firma zarabia, policja ostrzegała. Nieprawdziwa albo przynajmniej niedowiedziona jest spoina, która łączy te kamyki w obraz „generałów zabito dzięki Himerze”. Nie trzeba kłamać w szczegółach. Wystarczy ułożyć je tak, żeby czytelnik sam dopowiedział resztę. Idealne narzędzie do walki o stanowiska. Dlaczego mimo to warto się tym przejąć Odrzucenie tezy nie unieważnia problemu. Jeżeli w otwartej sprzedaży leżą jednocześnie twarz człowieka z kontroli granicznej, jego prawdziwy adres, biling i adnotacja, gdzie pracuje, to obca służba nie potrzebuje już szpiegów, żeby legendować tam własne źródła albo rozpoznać cel. Potrzebuje karty płatniczej i pośrednika. Czy zamachowcy korzystali akurat z Himery, pozostaje hipotezą niepotwierdzoną, choć prawdopodobną. Że mogli skorzystać z tego rynku, jest pewne. Dla kogoś, kto szuka informacji, i dla kogoś, kto planuje taką operację, różnica jest drugorzędna. Warto też pamiętać, że w sprawie Aleksiejewa zachodni urzędnicy cytowani przez „Washington Post” wątpili w ukraińskie sprawstwo i wskazywali na możliwe porachunki wewnętrzne, związane z rolą generała w stłumieniu buntu Prigożyna w 2023 roku. Jeśli mają choć część racji, po dane o generałach sięgają także gracze rosyjscy, a jak widać, zaczyna się tam walka na noże. Zobaczę co z tego wyniknie... Co z tego wynika dla nas Po pierwsze, rejestry państwowe ze zdjęciami, bazy graniczne, dane o nieruchomościach i dane operatorów telefonicznych są dla kontrwywiadu tym, czym dla banku skarbiec. Wyciek z takiego zbioru należy traktować jak utratę tajnego dokumentu, bo w rękach przeciwnika staje się narzędziem do odnajdywania konkretnych ludzi. Po drugie, ochrona oficerów i urzędników musi wychodzić z założenia, że przeciwnik ma dostęp do takiego „probiwu” jak w Rosji. Chodzi o różnicę między adresem zameldowania a tym, gdzie człowiek naprawdę śpi, o to, co w sieci publikuje jego rodzina, i o to, co o nim mówią rejestry, do których on sam nigdy nie zagląda. Rosyjska lekcja jest prosta. Brak profilu na Facebooku nic nie daje, jeśli w komercyjnej bazie przy nazwisku stoi adnotacja „pracuje w wywiadzie”. Po trzecie, ten sam rosyjski bałagan jest dla nas źródłem wiedzy. Rosja nie umie ochronić danych własnych generałów, a wojna między frakcjami wyrzuca na powierzchnię zeznania, dokumenty finansowe i nazwiska, które inaczej nigdy nie ujrzałyby światła. Umiejętność czytania tej wewnętrznej wojny cieni i oddzielania w niej faktów od manipulacji jest tańsza od każdej własnej operacji i powinna być w polskich służbach rutyną. I mój wniosek ostatni. Rosja spowalnia Telegram, wprowadza surowe przepisy i skazuje studentów za bota do sprawdzania ludzi, a największa platforma handlu danymi obywateli zarabia ponad 300 milionów rubli rocznie, obsługuje banki i zeznaje jako świadek. To nie jest sprzeczność. To jest model. W państwie, w którym dane są towarem dostępnym dla tych, którzy mają odpowiednią ochronę, nikt nie ochroni generałów, bo handel ich danymi nie jest błędem systemu. Jest jego częścią. Epilog - Cień w windzie Nie wiem, czy człowiek, który czekał na Aleksiejewa na dwudziestym czwartym piętrze, kupił jego adres w Himerze. Wiem, że mógł. I wiem, że osiem miesięcy po strzałach ludzie, którzy takimi adresami handlowali, nadal zeznają jako świadkowie, a tekst o ich winie służy komuś do obsadzenia stanowiska w FSB. W Grze Cieni to drugie mówi o Rosji więcej niż pierwsze. Pozdrawiam i dziękuję.
8
30
5
183
24,666
Fragment książki o F-16 która jest właściwie napisana Modernizacja PoBIT (Post Block Integration Team) W 2019 r. zdecydowano się na zmodernizowanie aż 608 samolotów F-16C/D Block 40/42/50/52 należących do USAF do standardu zbliżonego w wersji F-16V Block 70/72 poprzez bardzo głęboką modernizację wyposażenia i uzbrojenia. Modernizacja dotyczyła używanych w USAF samolotów tych wersji. Program ruszył z początkiem 2022 r. i zgodnie z planem moderizacje PoBIT mają zostać sfinalizowane w 2028 r. Jest on połączony z remontami płatowców i kolejnymi programami SLEP zmierzającymi do wzmocnienia struktury płatowca oraz wydłużenia resursów. Prace remontowe i modernizacyjne wykonuje się w wojskowym zakładzie remontowym Ogden Air Logistics Complex (baza Hill, Utah). Plan modernizacji obejmuje: Block) F-16C F-16D Łącznie wariantu Block 40 (silniki GE) 197 25 222 Block 42 (silniki PW) 65 14 79 Block 50 (silniki GE) 224 33 257 Block 52 (silniki PW) 42 8 50 RAZEM FLOTA PoBIT 528 80 608 Stary radar mechaniczny AN/APG-68 jest zastępowany radarem z aktywnym skanowaniem fazowym (AESA) Northrop Grumman AN/APG-83 SABR (Scalable Agile Beam Radar). Pozwala on na jednoczesne śledzenie ponad 20 celów, wyraźnie zwiększa zasięg wykrywania celów powietrznych, ma zwiększoną odporność na zakłócenia elektroniczne (ECM) oraz generuje mapy terenu o o jeszcze większej rozdzielczości na zakresie SAR. Na architekturę opartą o radar AN/APG-81 z samolotu F-35A. W ramach programu PoBIT dokonywana jest wymiana dotychczasowego komputera misji na nowoczesny komputer MMC (Modular Mission Computer) serii 7000, dysponujący zwielokrotnioną mocą obliczeniową, która jest niezbędna do przetwarzania danych strumieniowych z nowego radaru AESA. W kabinie instalowany jest nowy, centralny wyświetlacz ciekłokrystaliczny CPD (Center Pedestal Display) o wysokiej rozdzielczości i powierzchni wyświetlania 152 x 203 mm, który prezentuje pilotowi zintegrowany, syntetyczny obraz sytuacji taktycznej. Głęboką modernizację przechodzą również systemy transmisji danych. Wdrażany jest terminal standardu Link 16 typu MIDS JTRS (Multifunctional Information Distribution System Joint Tactical Radio System) w standardzie Concurrent Multi-Netting-4 (CMN-4). Umożliwia on płynną, szerokopasmową i cyfrową wymianę informacji o celach z maszynami V generacji (F-35 i F-22), a także z systemami przeciwlotniczymi Patriot i samolotami wczesnego ostrzegania AWACS. Równolegle na pokładzie montowany jest zmodernizowany modem danych taktycznych SADL (Situation Awareness Data Link), poprawiający współdziałanie z siłami lądowymi. Główna różnica polega na tym, że Link 16 to globalny standard wielozadaniowy dla całego NATO, podczas gdy SADL to wyspecjalizowane, lokalne łącze stworzone do bezpośredniej współpracy lotnictwa z wojskami lądowymi. Link 16 (MIDS JTRS) operuje w paśmie UKF na częstotliwościach 960–1215 MHz, a SADL działa w niższym paśmie UKF, na częstotliwościach 420–450 MHz. Dotychczasowe, analogowe radiostacje AN/ARC-164 HAVE QUICK II oraz AN/ARC-222 wylatują z luku awioniki. Ich miejsce u boku terminala MIDS zajmuje fabrycznie nowa, wielopasmowa radiostacja definiowana programowo (SDR) typu AN/ARC-238 (produkcji koncernu RTX), obsługująca najnowszy natowski protokół bezpiecznej łączności głosowej SATURN. Wymianie podlegają także urządzenia identyfikacji swój-obcy – stare transpondery są zastępowane przez nowoczesny system IFF Mode 5 (w wersji AN/APX-126 lub pokrewnej), który wykorzystuje zaawansowane kryptograficznie, zmienne algorytmy szyfrowania, odporne na podsłuch i próby zakłócenia przez przeciwnika. Wybrane dywizjony Post-Block (zwłaszcza z zadań SEAD/DEAD) otrzymują zintegrowany system walki cyfrowej nowej generacji, który potrafi wykrywać, lokalizować i cyfrowo zagłuszać najnowocześniejsze systemy radiolokacyjne przeciwnika. Jest to Northrop Grumman AN/ALQ-257 IVEWS (Integrated Viper Electronic Warfare Suite). W przeciwieństwie do starszych systemów, które działały w ograniczonych zakresach częstotliwości, IVEWS operuje w bardzo szerokim, ciągłym paśmie radiowym. Oznacza to, że system potrafi jednocześnie wykrywać, identyfikować i cyfrowo zakłucać radary przeciwnika działające na falach o różnej długości, od radarów wczesnego ostrzegania po stacje naprowadzania pocisków rakietowych. Sercem systemu jest technologia DRFM (Digital Radio Frequency Memory), która pozwala na przechwycenie sygnału wrogiego radaru, błyskawiczne jego zmodyfikowanie i odesłanie z powrotem fałszywej informacji, co całkowicie oszukuje systemy radarowe wroga. Northrop Grumman, będąc producentem zarówno radaru AN/APG-83 SABR, jak i systemu IVEWS, zaprojektował oba urządzenia tak, aby działały w idealnej synergii. Systemy te „rozmawiają” ze sobą w ułamkach milisekund, dzięki czemu IVEWS może prowadzić agresywne zakłócanie elektroniczne wroga dokładnie w tym samym momencie, w którym radar SABR bez żadnych przeszkód śledzi cele powietrzne i naziemne. Jest to system całkowicie wewnętrzny, montowany w strukturze płatowca F-16. Stara szyna danych standardu MIL-STD-1553 miała zbyt małą przepustowość, by obsłużyć wielką ilość informacji z nowego radaru. W ramach PoBIT instaluje się szybką, światłowodową sieć Ethernet, która pozwala na szybki transfer danych o celach pomiędzy radarem, komputerem misji a wyświetlaczami w kabinie. Dokonywana jest też unifikacja komputerów sterowania lotem (Fly-By-Wire) do najnowszego standardu, co poprawia charakterystyki pilotażowe maszyn Post-Block i pozwala na bezproblemową współpracę z automatycznymi systemami antykolizyjnymi. Dodatkowo instaluje się Programowalny Cyfrowy Generator Map (TAMMAC), który dostarcza pilotowi trójwymiarowe, cyfrowe mapy rzeźby terenu o wysokiej rozdzielczości, zintegrowane z systemem ostrzegania o bliskości ziemi (Auto-GCAS). System automatycznie nanosi na mapę strefy rażenia wykrytych wrogich baterii przeciwlotniczych. Ponadto wymienia się w samolotach generatory prądu na wersje o znacznie większej mocy oraz modyfikuje wewnętrzne systemy chłodzenia powietrznego i cieczowego w kadłubie, zabezpieczając awionikę przed przegrzaniem. Na samolotach montuje się nowy zintegrowany układ nawigacji bezwładnościowej i odbiornik GPS typu LN-260 M-Code (Northrop Grumman LN-260 Advanced Embedded GPS/INS z modułem MGUE – Military GPS User Equipment, oznaczenie wojskowe AN/ASN-175). Sercem nowej konfiguracji satelitarnej jest karta odbiornika z technologią M-Code, dostarczana najczęściej przez firmę L3Harris lub Raytheon (RTX). Zapewnia ona bezpośredni dostęp do głęboko szyfrowanych sygnałów militarnych z satelitów nowej generacji GPS III. Sam układ bezwładnościowy bazuje na monolitycznych żyroskopach laserowych oraz akcelerometrach o podwyższonej stabilności produkowanych przez Northrop Grumman, co gwarantuje zminimalizowany współczynnik dryfu pozycji w warunkach całkowitego zakłócania GPS (GPS-denied environment). Dotychczasowy odbiornik TACAN Rockwell Collins AN/ARN-118(V) lub nowszy AN/ARN-154(V), który działał w oparciu o architekturę analogową, zostaje zastąpiony przez cyfrowy Colins Aerospace (RTX) AN/ARN-154(V)5. Podobnie jest z odbiornikiem ILS, wymienianym na cyfrowy, szyfrowany (trudnowykrywalne przez przeciwnika radiolatarnie ścieżki i kursu). Malowanie Have Glass V w charakterystycznym, ciemnografitowym malowaniu „Dark Viper” nie jest związane z modernizacją PoBIT, ale jest nakładane mniej więcej równolegle z nią, choć nie można używać go do "pewnej" identyfikacji zmodernizowanego samolotu, są wyjątki w obie strony. Have Glass V to najnowsza generacja specjalistycznej powłoki lakierniczej o właściwościach pochłaniających promieniowanie radarowe (RAM – Radar Absorbent Material), nakładanej na poszycie strukturalne amerykańskich oraz wybranych sojuszniczych myśliwców F-16. W przeciwieństwie do starszych powłok RAM, które bazowały na grubych, ciężkich warstwach ferromagnetycznych (zwiększających masę samolotu i podatnych na łuszczenie), Have Glass V wykorzystuje technologię mikroskopijnych cząstek metalicznych. Klasyczny, niemodyfikowany F-16 posiada skuteczną powierzchnię odbicia radarowego (RCS) na poziomie około 5 m². Po nałożeniu pełnej powłoki Have Glass V (w zależności od kąta opromieniowania), wskaźnik RCS myśliwca spada według niezależnych analiz do około 1,2–1,5 m², a w niektórych pozycjach nawet poniżej 1 m². Oczywiście to bardzo daleko do F-35 czy F-22, ale poważnie utrudnia wykrycie. Modernizacja JEON (Joint Emergency Operational Need) dla Gwardii Narodowej Program JEON narodził się z pilnej potrzeby zgłoszonej przez Dowództwo Północnoamerykańskiej Obrony Powietrznej i Kosmicznej (NORAD). Tradycyjne myśliwce F-16 Gwardii Narodowej, pełniące pokojowe dyżury bojowe QRA / ACA (Aerospace Control Alert), były wyposażone w przestarzałe radary z mechanicznym skanowaniem z serii AN/APG-68. W przeciwieństwie do powolnych, ciągnących się latami procedur przetargowych Pentagonu, status JEON pozwolił na ominięcie biurokracji i natychmiastowe skierowanie środków finansowych na montaż nowoczesnych radarów z aktywnym skanowaniem fazowym (AESA) AN/APG-83 SABR (koncernu Northrop Grumman). Pakiety modernizacyjne z radarem AESA z najwyższym priorytetem zainstalowano zarówno na maszynach Post-Block (PoBIT), jak i na 86 najstarszych samolotach Pre-Block (Block 25 i Block 32) eksploatowanych przez Gwardię Narodową, dlatego czasem też program jest nazywany PreBIT. Pierwszą jednostką Gwardii Narodowej, która została w całości zmodernizowana w ramach pilnego programu JEON, było 113. Skrzydła Myśliwskie Dystryktu Kolumbii, stacjonujące w bazie Joint Base Andrews w stanie Maryland. Program JEON był „strażą pożarną” – skupiał się na szybkim i masowym montażu radaru AESA (AN/APG-83) oraz niezbędnego minimum awionicznego (nowe wyświetlacze cyfrowe, zmodernizowane komputery misji) na wybranych maszynach do obrony kraju. Stał się on jednak bezpośrednim fundamentem i katalizatorem dla opisanego wcześniej, wielkiego programu PoBIT, który w kolejnych latach przejął te doświadczenia i objął kompleksową, głęboką modernizacją (wliczając systemy IVEWS i łączność MIDS-JTRS) całą flotę 608 maszyn Post-Block. Program JEON udowodnił, że radar AESA można sprawnie zintegrować nawet ze starszymi płatowcami F-16 Block 25/32. Starsze wersje komputerów pokładowych otrzymały nowe pakiety oprogramowania (Operational Flight Program – OFP), zdolne do przeliczania algorytmów śledzenia celów o małej skutecznej powierzchni odbicia (RCS). Aby pilot mógł w pełni wykorzystać potencjał mapowania i śledzenia radaru SABR, zmodernizowano ekrany wielofunkcyjne (MFD), dostosowując je do wyświetlania cyfrowego obrazu o wysokiej rozdzielczości. Układ celowniczy dostosowano do odpalania najnowszych wersji pocisków dalekiego i krótkiego zasięgu, współpracujących z celownikami nahełmowymi JHMCS - AIM-120D AMRAAM i AIM-9X Sidewinder. Block/Napęd F-16C F-16D Łącznie Block 25 (silniki Pratt & Whitney F100) 19 4 23 Block 30 (silniki General Electric F110) 36 6 42 Block 32 (silniki Pratt & Whitney F100) 18 3 21 RAZEM FLOTA JEON (ANG) 73 13 86 W odróżnieniu od PoBIT, JEON objął tylko część wyposażenia każdego z wybranych dywizjonów Gwardii Narodowej. Niektóre dywizjony Gwardii Narodowej eksploatują też samoloty Block 40 i wyżej po „pełnokrwistym" PoBIT. JEOF ruszył na przełomie 2017 i 2018 r., a fizyczną przebudowę zaczęto z końcem 2019 r. Program całkowicie zakończono wiosną 2022 r. i od razu ruszył pełnoskalowy program PoBIT. Na pierwszym zdjęciu jest myśliwiec F-16C Block 40 (88-0808, znanym również pod własną nazwą „BOB”) należący do 51. Skrzydła Myśliwskiego (OS) w bazie Osan Air Base w Korei Południowej po modernizacji PoBIT. Maszyny z Osan przeszły pełne 22 modyfikacje (w tym instalację radaru nowej generacji, nowego centralnego wyświetlacza w kabinie CDP oraz systemów walki elektronicznej). Fot. USAF Na drugim zdjęciu myśliwiec F-16CM Block 50 o numerze seryjnym 90-0800 z 52. Skrzydła Myśliwskiego z bazy Spangdahlem w Niemczech Wszystkie aktywne myśliwce F-16 z bazy Spangdahlem (należące do USAFE, czyli Sił Powietrznych USA w Europie) zostały włączone do wielkiego programu PoBIT (Post Block Integration Team), czyli całość stacjonującego tu 480. Dywizjonu Myśliwskiego. Fot. Staff Sgt Trevor T McBride/U.S. Air Force F-16C Block 30 należących do 113. Skrzydła Gwardii Narodowej Dystryktu Kolumbii, trzy na pierwszym planie są po JEON i mają radary AN/APG-83 SABR. Fot. USAF ANG F-16C Block 50B należący do 122. Skrzydła Myśliwskiego Lotnictwa Gwardii Narodowej stanu Indiana, stacjonującego w bazie Fort Wayne po pełnej modernizacji PoBIT. Fot. USAF ANG Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
7
13
1
103
6,734
My chyba nie rozumiemy mechanizmów konfrontacji międzynarodowej Powszechnie jedziemy Clausewitzem: wojna to przedłużenie polityki realizowanej metodami przemocy - cytując z pamięci i oddając główny sens tego stwierdzenia. Tymczasem już Chińczycy zauważyli, że cele wojny można osiągać kombinacją różnych środków, niekoniecznie militarnych. Ich teoria trzech wojen to kwestia do oddzielnego omówienia, ale na razie to zostawmy. Do dyspozycji mamy narzędzia: POLITYCZNE - wspieranie określonych ugrupowań, kształtowanie okna Overtona, polityczne wsparcie otwarte i skryte, finansowanie partii i ruchów politycznych, astroturfing czyli tworzenie organizacji rzekomo obywatelskich, a praktycznie sterowanych z zewnątrz, na przykład "zwalczających nielegalną imigrację"; INFORMACYJNE - tu jest dopiero jazda! W dobie internetu i mediów społecznościowych można ludzi wodzić za nos jak się chce. Można nakręcać emocje, wprowadzać w błąd, wywoływać fałszywa wrażenie, wypaczać ogląd świata. Rosja robi to po mistrzowsku. Ale nie tylko, bo i Chiny także, choć o wiele bardziej subtelnie. Korzystają też z tego inne państwa, np. ruch MAGA w USA mając w rękach wielkie Big Techy i mogąc je wykorzystywać. Ale Rosja wprowadziła te działania na bardzo wysoki poziom. EKONOMICZNIE/PRAWNIE - oddziaływanie handlowe, przez embarga, operowanie cenami, dumping, itp. Władimir Putin ma świadomość (w swojej logice), że UW, RWPG i ZSRR się rozpadł, bo ZSRR panował nad zbyt małą częścią Europy i Zachód był wciąż za silny. Dlatego w nowym układzie sił należy spowodować, by wasalami Rosji stały się wszystkie główne państwa europejskie, a szansą na to jest pozostawienie Europy przez USA, rezygnujące z roli światowego hegemona. W logice Putina ZSRR nie rozpadł się z powodu wad ustrojowych, lecz przez błędy w zarządzaniu imperium oraz geopolityczne okrążenie. Kreml uważa, że podział Europy wyznaczony w Jałcie w 1945 roku dawał Moskwie zbyt mało przestrzeni, a „strategiczną głębię” Rosji zniszczyło rozszerzenie NATO na wschód. Jeśli czyta się uważnie to co pisze i co powiedział ostatnio choćby na posiedzeniu Klubu Wałdajskiego, to wynika z nich wyraźnie, że docelowo Rosja będzie dążyć do podporządkowania sobie (w mniejszym lub większym stopniu) całej Europy. Powiedział on: „Blokowa konfrontacja i dążenie Zachodu do jednostronnych przewag w dziedzinie bezpieczeństwa leżą u podstaw obecnego kryzysu globalnego” - wniosek, Zachód się nie zmieni, więc musi zostać podporządkowany. „Stary system jednobiegunowy nieuchronnie się rozpada, a świat staje się wielobiegunowy. Narody zachodnie muszą zaadaptować się do tej rzeczywistości”. Putin ostentacyjnie odmawia rozmów z przywódcami z Paryża czy Berlina. Wprost deklaruje gotowość do negocjacji wyłącznie z administracją USA, co potwierdził m.in. w październiku 2026 roku po rozmowach z amerykańskimi wysłannikami w Moskwie. Wysyła tym samym jasny sygnał: o losie Europy zdecydujemy ponad głowami Europejczyków. Putin mówi wyraźnie: „Jeśli Europa chce rozpocząć wojnę, jesteśmy gotowi już teraz. (...) Europejscy liderzy nie mają pokojowej agendy, stoją po stronie wojny”. Moim zdaniem jego plan polega na tym, by w państwach europejskich osadzić rządy autorytarne, które nie będą przestrzegać praw człowieka i zbudować porządek europejski oparty na "różnorodności", o której Władimir Putin też mówił na "Wałdaju". To przewrotne stwierdzenie oznacza zniesienie jednolitych uniwersalnych prawideł praworządności, poszanowania praw człowieka, a budowa systemów dyktatorskich, w których każdy robi co chce i nie podlega żadnym zasadom (taka to "różnorodność"). Takie rządy będą naturalnie dążyły do współpracy z Rosją, a po rozbiciu UE staną się o oddzielnie wiele słabsze, łatwo wpadając w rosyjską strefę wpływów. Rosja wykorzystuje tu, że ugrupowania ekstremistyczne które mocno wspiera, powszechnie przymilają się do Moskwy, i nie jest to tylko skrajna prawica, ale również skrajna lewica. W Polsce taka niemal nie istnieje, ale w Niemczech czy we Francji jest znacznie silniejsza. W niektórych państwach trzeba będzie umocnić swoją niemal bezpośrednią władzę przez bezpośredni wjazd czołgami, po uprzednim wyrwaniu ze wspólnoty międzynarodowej i doprowadzeniu do paraliżu & rozkładu państwa metodami wojny kognitywnej i hybrydowej. Ale inne zostaną do tego przymuszone innymi metodami bądź same pójdą na daleko idącą współprace w wyniku manipulacji informacyjnych. Cała sztuka będzie polegała na tym, by złapać je w mocnym uścisku, z którego się nie wydostaną. Droga w jedną stronę, zero swobody, zero rzeczywistej suwerenności. Z UE można wystąpić, a z nowego RWPG/UW - nie, tak jak zresztą z poprzedniego. Przypomnijmy, że z UW w 1969 r. wystąpiła Albania wchodząc w chińską strefę wpływów (z którymi Sowieci mieli wówczas kosę), a Moskwa nie miała możliwości interweniować w Albanii tak, jak rok wcześniej zrobiła to w Czechosłowacji. Dlatego w nowym porządku stacjonowanie wojsk rosyjskich na terenie nowych "sojuszników", żeby im żadne głupoty nie przyszły do głowy, będzie niezbędne. Dlatego trzeba się bronić przede wszystkim na polu informacyjnym. Jeśli Europa przewali tę wojnę, to przewali każdą inną, bo już będzie bezwolną galaretą do pokrojenia i zjedzenia ze smakiem. Na zdjęciu ZSU-23-4 w akcji. O wiele groźniejsze od takiej salwy jest 100 "odpowiednich" komentarzy na FB/X. Efekt może być poważniejszy. Fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
13
76
3
436
20,540
Cholernie ważne
Ślady ruSSkie, bialoruSSkie i kimowe. To standard. I jakim codem uda nic z tym nie robią?
1
12
127
4,769
Iksokracja zamiast demokracji Od lipca 1998 do lipca 1999 byłem obserwatorem wojskowym w misji UNIKOM w Iraku i Kuwejcie. Przez ten rok poznałem nieco oba kraje, Kuwejt w całości, a Irak w jego południowej części, odwiedzając najdalej Basrę, ale codziennie praktycznie przebywając w Um Qsr, Safwan, Ar Rumaylah, Al Garyan, itp. Rozmawiałem z ludźmi i zdziwiłem się, że traktują oni demokracje jako zło wcielone. Szczególnie w Kuwejcie, gdzie panowało coś w rodzaju światłej dyktatury. Ówczesny emir Kuwejtu, szejk Dżabir al-Ahmad al-Dżabir as-Sabah (znany również jako Dżabir III), który w całości przeszedł specjalną edukację domową i odbył liczne podróże edukacyjne (oni nie przywiązują wagi do formalnych tytułów, liczy się rzeczywista wiedza, a Dżabir III, twórca mocnego kuwejckiego dinara (wartego zwykle kilka dolarów), był naprawdę wybitnym ekonomistą i miłośnikiem nauki. Rządził cholernie mądrze i wszyscy byli naprawdę zadowoleni, przy czym nie chodziło tylko o dochody z ropy naftowej i paliw, ale także z żeglugi, z hotelarstwa za granicą, handlu, itp. potęga i stabilność tego kraju w dużej mierze opierają się na inteligentnej dywersyfikacji zysków, realizowanej przez najstarszy państwowy fundusz majątkowy świata, Kuwait Investment Authority (KIA). Poprzez fundusz KIA, Kuwejt inwestuje w infrastrukturę portową, huby logistyczne i międzynarodowe korporacje transportowe na całym świecie. Fundusz celowo wybiera segment high-end oraz dynamicznie rozwijające się rynki turystyczne (np. w Afryce Północnej), ponieważ luksusowe hotele generują stały, odporny na kryzysy dochód z najmu i usług. Kuwejt posiada miliardowe pakiety akcji w takich znanych firmach jak koncern motoryzacyjny Mercedes-Benz Group czy gigant finansowy BlackRock. Dlatego jak im się ropa naftowa skończy, Kuwejt nie zginie. Zawsze zresztą był to kraj Sindbadów Żeglarzy (który jak wiadomo pochodził z irackiej Basry, a wypływał z Um Qasr de facto, czyli Irak, ale Kuwejt do dawna prowincja Iraku). Te światłe dyktatury są kuszące, ale mają wiele pułapek, np. a co jak się trafi psychopata? To się zdarza. w demokracji są mechanizmy zmiany, a w dyktaturze - nie. Dlatego dyktatury są z reguły o wiele bardziej krwawe i niewolnicze od demokracji. Dla nich jednak, Kuwejtczyków, demokracja ro rządy hołoty. Matoły mają taki sam głos jak ludzie wykształceni, mądrzy, niepodatni na zewnętrzne manipulacje. Niestety, jak mawiał jeden z moich dowódców, wszystko ma swoje zady i walety... Niemniej jednak demokracja okazuje się być najlepszym systemem na świecie. Prawdziwe triumfy święciła w połowie XX wieku do lat 80., oczywiście tam gdzie była: zachodnia Europa, USA i Kanada, Australia, Nowa Zelandia. Pewnym sygnałem powinno być to, że np. w Ameryce Łacińskiej była mocno zniekształcona przez niesamowite dysproporcje społeczne, brak klasy średniej i sile pieniądza, nie zawsze uczciwego. Dlatego na przemian pojawiały się tam demokracje i dyktatury. Problem polega na tym, że to co jest naszą wartością, czyli równość obywatelska i demokracja, stało się naszą słabą stroną w dobie masowej wojny informacyjnej prowadzonej z wykorzystaniem mediów społecznościowych. Twórcy algorytmów szybko odkryli, że doskonale się "klika" zło: przemoc, tragedie, katastrofy. Odzywa się mroczna strona naszej natury. Jednak podbijając widoczność czegoś, co można lepiej sprzedać z reklamą, jednocześnie zachodzi sprzężenie zwrotne - kształtowanie postaw obywatelskich i przesuwanie okna Overtona (czyli obszaru akceptowalnych powszechnie norm społecznych). Młodzież nie widzi nic złego w czymś co jest z gruntu złe. Najśmieszniejsze jest to, że dzieje się to w fasadowo chrześcijańskich krajach, gdzie wszyscy deklarujący się jako żarliwie wierzący nie mają zielonego pojęcia co ta religia tak naprawdę nakazuje, co nazywa dobrem, a co złem, a ja osobiście uważam, że lepszej wskazówki nie ma. Ale trzeba je do cholery znać i się nimi kierować! Wystarczy tyle... Dezinformacje i manipulacje stosują dziś wszyscy: politycy i władze, sprzymierzone z nimi media, agentura wpływu i sprzymierzone z nimi media, korporacje i ich marketing, itp. A powielają ją i rozprzestrzeniają "skażeni" ludzie. Jak dżumę, która pochodzi od gryzoni, a dalej leci samoistnie z człowieka na człowieka. Wirus dezinformacji nie potrzebuje zaawansowanej technologii, by się rozprzestrzeniać, potrzebuje jedynie ludzkiego umysłu. Najbardziej podatni jesteśmy na niego przez cztery mechanizmy: Emocje zamiast rozumu Informacja, która wywołuje gniew, strach, oburzenie lub poczucie zagrożenia, rozprzestrzenia się w sieci kilkukrotnie szybciej niż nudna, wyważona prawda. Klikamy i udostępniamy w emocjach, stając się super-nosicielami. Błąd konfirmacji (efekt potwierdzenia). Chętnie i bez weryfikacji wierzymy w kłamstwo, jeśli tylko pasuje ono do naszych wcześniejszych uprzedzeń lub poglądów politycznych. Jeśli coś gani partię, której nie lubimy, albo potwierdza nasze obawy, nasz „układ odpornościowy” (krytyczne myślenie) się wyłącza. Iluzja prawdy (flooding) Jeśli człowiek słyszy dane kłamstwo wielokrotnie z różnych stron (od znajomego, z niszowego portalu, od polityka), mózg zaczyna uznawać je za fakt tylko dlatego, że brzmi znajomo. Dlatego w dezinformacji stosuje się flooding - zalewanie powielanym na okrągło fałszem, który jak zauważył Josef Goebbels: "kłamstwo powtórzone 1000 razy staje się prawdą". Potrzeba utożsamiania się z większością (instynkt stadny i konformizm) Człowiek z natury jest istotą społeczną. Przez tysiące lat ewolucji odrzucenie przez grupę oznaczało wyrok śmierci, dlatego nasz mózg podświadomie dąży do jedności z tłumem. W kontekście dezinformacji mechanizm ten działa na kilka sposobów: społeczny dowód słuszności, strach przed izolacją (spirala milczenia), budowanie tożsamości grupowej (często poprzez dowód anegdotyczny). Tu niestety jest tak, że ludzie światli, wykształceni (lub nie, bo mądrość i wykształcenie to nie to samo, choć najczęściej idzie w parze, choć nie zawsze, i to w obie strony), mądrzy, logicznie myślący - są o wiele mniej podatni na dezinformacje. Dezinformacja i manipulacja jest kierowana do tej niemyślącej grupy, bo o wiele łatwiej nią manipulować i dezinformować, wcale nie dbając o logikę. Jak to mówi mój syn: można robić kurwę z logiki, ale to nikomu nie przeszkadza. Ludzie nie łączą kropek, tych prawdziwych a nie wydumanych. Nie trzeba przekonać wszystkich. Wystarczy przekonać "większość biorącą", bo występuje "efekt PSL". Kiedyś Waldemar Pawlak na pytanie "kto wygra wybory?" odpowiedział "nasz koalicjant". Języczek u wagi może zmienić los całej demokracji i to jest też jej wada. Mamy niemal równe ugrupowanie A i przeciwstawne mu B, które zdobywają w parlamencie po 45 % nie mogąc rządzić samodzielnie. I mamy jakieś niszowe ugrupowanie które zdobyło 10 %. Od niego zależy do kogo się przyłączy i ZA JAKĄ CENĘ. Czyli te 10 % zyskuje nieproporcjonalnie duży wpływ na władze. I tak działa dezinformacja. Jak przekona 20-30 % ludzi, to trzyma już kraj w garści. A tylu matołków zawsze się znajdzie. Dlatego dziś nie ma już demokracji, gdzie ludzie decydują. Mamy chorą "iskokrację", gdzie decyduje FB i X. Ludzie idą za tym jak w ogień. Jak barany na rzeź. Efekt "milczenia owiec". Decyzje podejmują za nas algorytmy. Kształtują nas, przekonują, wprowadzają na emocje. A mózg to nie tylko cyfrowa maszyna elektroniczna, ale także maszyna chemiczna. Emocje to hormony i neuroprzekaźniki: kortyzol i adrenalina to strach i zagrożenie, dopamina (potrzeba akceptacji), złość i gniew to noradrenalina, wysoki kortyzol i brak serotoniny (hamulców), itd. Problem w tym, że te substancje chemiczne zmieniają nam połączenia mózgowe i burzą logiczne algorytmy myślenia. Ludzie wiecznie jadący na emocjach (frustracja, rozczarowanie, stres) mają tendencje do niepohamowanej agresji z kompletnym brakiem logiki. Odnoszę wrażenie, że najlepszą metodą przeciwdziałaniu tym zjawiskom jest w pierwszej kolejności uświadamianie, że w ogóle istnieją. Tak, by ludzie przez świadomość że stają się nieświadomym narzędziem w czyichś rękach, starali się zachować własną wolność myślenia i suwerenność decyzyjną. Nie dali się złapać. Rozpoznawali oszustwo manipulacji, jak głupi phising w necie (czy ktoś jeszcze się łapie na "spadek z Nigerii w wysokości 439 000 euro które ci przekaże jak dasz mi swój numer, czy coś tam"?). Frajerzy tracą. Nie bądźmy frajerami. Sprawdzajmy, pomyślmy logicznie, nie ulegajmy emocjom, docierajmy do źródeł bulwersujących informacji. Ilustracja AI Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
7
24
2
145
5,497
Jak Amerykanie położyli wojnę w Iranie Obserwowałem ten konflikt z wielkim zdumieniem. Jak można popełniać tak szkolne błędy na poziomie strategicznym? Ale co tam ja. Zebrałem się na odwagę, jak większość roboty odwalił za mnie admirał William H. McRaven, US Navy. To nie jest byle kto. William Harry McRaven to jedna z najbardziej ikonicznych postaci współczesnych amerykańskich sił specjalnych, emerytowany czterogwiazdkowy admirał marynarki wojennej USA (U.S. Navy), ur. 6 listopada 1955 r. Służył m.in. w słynnym SEAL Team Six. Na początku lat 80. wszedł w konflikt z legendarnym, bezkompromisowym twórcą tej jednostki, Richardem Marcinko, który wyrzucił McRavena ze swojego zespołu z powodu krytyki metod zarządzania. McRaven przeniósł się do SEAL Team Three, udowadniając swoją wartość podczas wojny w Zatoce Perskiej (Desert Storm). Studiując w Naval Postgraduate School, napisał pracę magisterską, która stała się później fundamentalną książką teoretyczną: „Spec Ops: Case Studies in Special Operations Warfare”. Sformułował w niej sześć zasad sukcesu operacji specjalnych (prostota, bezpieczeństwo, powtarzalność, zaskoczenie, szybkość i celowość). W latach 2008–2011 kierował Połączonym Dowództwem Operacji Specjalnych (JSOC). Podległe mu siły schwytały Saddama Husajna w Iraku oraz uratowały kapitana Richarda Phillipsa z rąk somalijskich piratów. Najgłośniejszym sukcesem McRavena było zaplanowanie i osobiste dowodzenie (z bazy w Afganistanie) Operacją Neptune Spear w maju 2011 r., podczas której komandosi zlikwidowali przywódcę Al-Kaidy, Osamę bin Ladena. Swoją karierę zakończył jako dziewiąty dowódca Dowództwa Operacji Specjalnych Stanów Zjednoczonych (USSOCOM). Pracowałem ze "specjalsami" w Jugosławii. To naprawdę bystrzy ludzie, zrobili na mnie wielkie wrażenie. Generałowie dywizji Jan Kempara, Piotr Patalong i Roman Polsko, wszyscy oni służyli w POLBAT UNPROFOR w Jugosławii w 1993 r., gdzie i ja z nimi działałem. Po odejściu do cywila gen. McRaven został autorem, badaczem i doradcą dwóch kolejnych prezydentów. A teraz popełnił cholernie odważny artykuł: “The Limits of American Power: U.S. Strategy and the Delusion of Force” (Granice amerykańskiej potęgi: Strategia USA i iluzja siły). Amerykanie nie potrafią przełożyć oszałamiających sukcesów taktycznych i na poziomie operacyjnym (ich wojsko jest naprawdę sprawne!) na jakiekolwiek pozytywny efekt strategiczny. Ostatnią operacją, w której osiągnęli sukces na poziomie strategicznym była operacja "Allied Force" wiosną 1999 r. kiedy to zmusili Nową Jugosławię (rozpadła się ostatecznie na Serbię i Czarnogórę) do uległości, wytrącając jednocześnie Rosji ostatniego ścisłego sojusznika na Bałkanach. Dlaczego nie potrafią przekuć naprawdę imponujących sukcesów wojskowych na najmniejszy nawet sukces na poziomie strategicznym? Jest ku temu kilka powodów. 1. Wiara w siłę militarną. Jest złudna. Każda siła militarna może zostać zmarnotrawiona w wyniku nietrafienia w środki ciężkości przeciwnika. Można nawet bez problemu zająć państwo przeciwnika (Irak, Afganistan), by później nie być w stanie opanować sytuacji i być zmuszonym do wycofania się z powodu nadmiernych ponoszonych kosztów przy braku perspektyw na opanowanie sytuacji. 2. Niezrozumienie lokalnych uwarunkowań, mentalności, powiązań, mechanizmów politycznych, itp. Amerykanie lubią przykładać do każdego swoją miarę. A potem się dziwią, że reaguje na różne rzeczy inaczej, niż oni sami by zareagowali. 3. W efekcie nie potrafią zidentyfikować środków ciężkości wroga, a zatem nie wiedzą w co uderzyć, by uzyskać pożądany efekt. Można walić na ślepo, ale to nic nie da. 4. Zadufanie z powodu przewagi technologicznej, przez co zatracają z pola widzenia wskaźniki ekonomiczne. W rezultacie stają się podatni na działania asymetryczne (takie, na jakie nie mogą odpowiedzieć w sposób symetryczny czyli taki sam). W Iranie popełnili wszystkie możliwe grzechy główne. 1. Wyznaczenie nierealnego celu obalenia reżimu. Teoretycznie uderzyli w przywództwo. A to okazało się jak hydra, któremu wciąż odrasta głowa. BŁĘDNE OKREŚLENIE NIEREALISTYCZNEGO CELU (który do niczego nie prowadzi), nieodnalezienie środków ciężkości, w efekcie uderzając w przywództwo nie obalono reżimu, nie zmieniono systemu władzy, nie zmuszono Iranu do odstąpienia od realizacji własnych celów. 2. Marne rozpoznanie na miejscu, zaniedbany HUMINT (wywiad osobowy), i właściwie nie wiadomo jak wygląda sprawa opóźnienia irańskiego programu jądrowego. Nie zmuszono Iranu do oddania gotowych materiałów rozszczepialnych (plutonu), o wpuszczeniu międzynarodowych inspektorów nawet mowy nie ma. Ciężko powiedzieć nawet na ile program jądrowy został opóźniony bądź zatrzymany. 3. Utrata inicjatywy strategicznej. Najpierw zaczęto tracić inicjatywę na poziomie taktycznym, kiedy nie można sobie było poradzić z masą tanich irańskich dronów. Oczywiście przytłaczającą większość z nich zestrzelono, ale straty od pocisków balistycznych były znaczące. Sami Amerykanie stracili samolot E-3 AWACS na ziemi oraz warty ponad miliard dolarów radar. Straty sojuszników w Zatoce Perskiej spowodowały, że omal nie wstrzymano zgody na amerykańskie działania z terytorium ZEA, Saudowie też nie byli szczęśliwi... Ale to nic. Iran wywołał blokadę Cieśniny Ormuz. Amerykanie podjęli walkę o jej odblokowanie i kontrolę nad nią. Ale to Iran miał teraz inicjatywę. To Iran wywołał wzrost cen ropy naftowej na światowych rynkach. Dlaczego? Bo wywóz surowca z Zatoki Perskiej jest teraz o wiele bardziej kosztowny, armatorzy kasują za ryzykowny rejs dużo więcej. W dodatku Iran zagroził że zacznie rwać kable podmorskie za pomocą sił specjalnych. W rezultacie Amerykanie nie zmienili reżimu, nie doprowadzili do kontrolowania irańskiego programu jądrowego, zużyli kilkuletnie zapasy amunicji kierowanej, a teraz walczą o odblokowanie cieśniny, która przed wojną wcale nie była zablokowana. Jakim cudem nie przewidzieli możliwych irańskich odpowiedzi asymetrycznych? No sorry, jak się obsadza ważne stanowiska nie według kompetencji, ale według klucza ideologicznego, funkcjonariuszy MAGA, to właśnie takie są efekty. Co prawda na czele CIA stoi w miarę kompetentny John Ratcliffe, ale już Dyrektorem Wywiadów Narodowych, po dziwaczce Tulsi Gabbard został Jay Clayton, specjalista od rynków finansowych... A na czele Departamentu Wojny stoi mający problem alkoholowy Pete Hegseth. Zgodzę się z admirałem SEALSem, że każdą siłę militarną można kompletnie roztrwonić, jak się nie umie jej używać. A to mało kto rozumie... Na zdjęciu - nowy amerykański bombowiec strategiczny B-21 Raider. Co ciekawe, ma mieć też możliwości myśliwskie jako lider dronów bojowych CCA (Colaborative Combat Aircraft). Takie cuda. Tylko na co? Fot. DoD Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
66
259
14
1,504
79,193
Długa droga F-16 Piszę obecnie książkę o F-16. Jest na ukończeniu, ale jest olbrzymia. Muszę ciąć. Nie wszystko się zmieści. Jeśli chodzi o użycie, to będzie opisane głównie aktualne użycie, zwłaszcza w USAF. Nie zmieści się kupa historii, ale musiałaby mieć kilka tomów. A pierwsza wojskowa jednostka na F-16 to grupa eskadrowa F-16 Joint Test Force (F-16 JTF) powstała w lipcu 1975 r. w Edwards, a 17 grudnia 1976 r. otrzymała ona na stan pierwszy przedseryjny F-16 FSD. Pierwszym skrzydłem bojowym miało być słynne 388. Taktyczne Skrzydło Myśliwskie w Hill w Utah. W latach 1942-1945 istniała 388. Grupa Bombowa na B-17 Flying Fortress w 8. Armii Lotniczej w Wielkiej Brytanii. W okresie od listopada 1953 r. do grudnia 1954 r. istniało w bazie Clovis w Nowym Meksyku (obecna baza Cannon) 388. Skrzydło Myśliwsko-Bombowe latające na F-86F i F-86H Sabre. Ta ostatnia to wyspecjalizowana wersja myśliwsko-bombowa. W grudniu 1954 r. skrzydło wzmocniło USAFE w Europie, wobec rozwijającej się Zimnej Wojny, trafiając do bazy Étain-Rouvres we Francji. To w końcu 1957 r. otrzymało F-100D Super Sabre, ale zaraz zostało rozwiązane, bowiem uznano że w obliczu powszechnego użycia broni jądrowej, nie będą potrzebne aż tak duże siły konwencjonalne. Ale w latach 1961-1962 John F. Kennedy odchodził o "atomowej" polityki New Look Eisenhowera, usiłując stworzyć bardziej elastyczną doktrynę wojny. Kiedy prace trwały w październiku 1962 r. doszło do Kubańskiego Kryzysu Atomowego, co ujawniło konieczność posiadania większych sił zdolnych do konwencjonalnych działań bojowych. Zgodnie z wcześniejszymi już planami, również w październiku 1962 r., w bazie McConnell w Kansas skrzydło zostało odtworzone i wyposażone w samoloty F-100D Super Sabre i dwumiejscowe F-100F. Miało trzy dywizjony po 24 samoloty etatowo. Ale skrzydło istniało zaledwie 1,5 roku, kiedy w lutym 1964 r. znów zostało rozwiązane w czasach Lyndona Johnsona. Już w marcu 1966 r., kiedy rozwijała się wojna w Wietnamie, 388. Taktyczne Skrzydło Myśliwskie odtworzono w bazie Korat w Tajlandii na samolotach F-105D Thunderchief oraz dwumiejscowe F-105F, a później też F-105G Wild Weasel. Skrzydło nie szkoliło się w Tajlandii. Dostało samoloty i wyszkolony personel z USA, więc po krótkim zgraniu mogło wejść do działania. Brało udział w aktywnych działaniach wojennych w Wietnamie Północnym. W latach 1968-1969 jednostkę stopniowo przezbrojono na F-4C Phantom II, na których dalej wykonywano loty bojowe. W 1975 r. jednostka została przebazowana do Hill w Utah koło miasteczka Ogden, niecałe 50 km od Salt Lake City w Utah. W 1978 r. właśnie tę jednostkę planowano przezbroić na F-16A i F-16B. Po części zdecydowało o tym obecność wielkiego zakładu remontowego Ogden Logistics Center, który w razie czego mógł wspomóc eksploatację nowego typu samolotu. Jednostka była przeznaczona do wzmocnienia USAFE w Europie i już w marcu 1981 r. były pierwsze ćwiczenia F-16A z Utah w Norwegii. Jako pierwszy na F-16A/B Block 1 przezbrojono 16 Taktyczny Dywizjon Szkolno-Myśliwski (16th TFTS), który otrzymywał je od końca stycznia 1979 r. We wrześniu 1979 r. dostał je pierwszy w pełni operacyjny 34 Taktyczny Dywizjon Myśliwski (34th TFS „Rams”), a miesiąc później zaczęto też wyposażać 4 Taktyczny Dywizjon Myśliwski (4th TFS „Fightin' Fuujins”). Do listopada 1980 r. jako ostatni na F-16A/B wyposażono 421 Taktyczny Dywizjon Myśliwski (421st TFS „Black Widows”). Początkowo skrzydło miało Block 1, 5 i 10. W czerwcu 1986 r. rozwiązano 16. Dywizjon, do tego czasu wyposażony w Block 15. W latach 80. owe analogowe F-16 mające proste radary AN/APG-66, nie mogące używać pocisków kierowanych radarowo (tylko AIM-9L Sidewinder na podczerwień), z jedynym typem pocisku kierowanego do atakowania celów naziemnych to telewizyjny AGM-65B lub termowizyjny AGM-86D Maverick. Poza tym uzbrojenie składało się z bomb zwykłych, niekierowanych, burzących, zapalających lub kasetowych. Ich celność bombardowania ze względu na analogowy wylicznik była zbliżona do Su-22UM3K, nasze cyfrowe już Su-22M4 były celniejsze (sprawdziliśmy w latach 90. porównując swoje wyniki z duńskimi F-16A przed modernizacją MLU). Nie miały one niemal nic wspólnego z dzisiejszym wojownikiem F-16V Block 70/72 Viper, który ma możliwości z kosmosu w porównaniu z nimi. W maju 1989 r. rozpoczęło się przezbrojenie trzech pozostałych dywizjonów skrzydła na F-16C/D Block 40. Podczas wojny w Zatoce Perskiej (styczeń–marzec 1991 r.) 388. Skrzydło było pierwszą jednostką w historii USAF, która wprowadziła system LANTIRN do realnych działań bojowych. Piloci dywizjonów 4th, 34th i 421st wykonywali na tych maszynach nocne uderzenia na irackie instalacje wojskowe i radary, latając na bardzo małych wysokościach. Jednostka wtedy operowała z bazy Al Minhad Air Base w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. W latach 2005–2008 wszystkie 72 myśliwce F-16C/D Block 40 należące do 388. Skrzydła przeszły w zakładach w bazie Hill program modernizacyjny CCIP. Samoloty otrzymały nowe komputery misji, systemy transmisji danych Link-16, nahełmowe systemy celownicze JHMCS oraz nowe systemy identyfikacji "swój-obcy" (AIFF). Otrzymały też pełną kompatybilność z najnowszym uzbrojeniem precyzyjnym naprowadzanym przez GPS (np. bomby JDAM). radar impulsowo-dopplerowski Westinghouse AN/APG-68(V)5 otrzymał nowe oprogramowanie, dostosowując go do współpracy z zasobnikami celowniczymi nowej generacji (jak Litening czy Sniper XR). Od maja 2016 r. do grudnia 2018 r. wszystkie trzy dywizjony skrzydła przezbrojono na samoloty Lockheed F-35A JSF, na których ono obecnie lata. Na zdjęciach NARA - 388. Skrzydło na początku lat 80. na swoich F-16A. O ile zdjęć jednomiejscowych jest w bród, to zdjęć F-16B Z 388. Skrzydła nie ma wiele, ale jest jeden tu nad piramidami w czasie ćwiczeń w Egipcie w połowie lat 80. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
3
11
164
5,425
Kontynuując historię Su-17 - część kolejna Su-20 (S-32MK) w Polsce cz. 2 W marcu 1978 r. 7. BLBR wzięła udział w ćwiczeniach Układu Warszawskiego, prowadzonych na terenie Pomorskiego Okręgu Wojskowego przez jednostki Armii Radzieckiej, Narodowej Armii Ludowej NRD i Wojska Polskiego, a w maju w ćwiczeniach „Wiosna-78, wykonując zadania rozpoznawczo-uderzeniowe oraz zwalczając wskazane cele na poligonie Nadarzyce, z dobrymi wynikami. Cieniem na sukcesach położyła się katastrofa, która miała miejsce 22 maja 1978 r. Tego dnia do nocnego lotu na rozpoznanie z lotniska Bednary wystartował por. pil. Antoni Dziadowiec. Podczas składania meldunku radiowego, manipulując mapą, pilot przypadkowo uderzył w drążek sterowy, co spowodowało wyłączenie pilota automatycznego i przejście samolotu na zniżanie. Pilot tego nie zauważył i zderzył się z ziemią, ginąc w szczątkach Su-20 z numerem bocznym 6263. Brygada była przeznaczona do prowadzenia operacyjnego rozpoznania powietrznego w celu zdobycia i dostarczenia dowództwu frontu danych niezbędnych do przygotowania i przeprowadzenia operacji. Ponadto była przeznaczona do wykonywania uderzeń konwencjonalnych i jądrowych na ważne obiekty przeciwnika. Do głównych zadań operacyjnego rozpoznania powietrznego należało: wykrywanie środków przenoszenia broni jądrowej na korzyść wojsk rakietowych frontu i lotnictwa; kontrola wyników własnych uderzeń rakietowo-jądrowych i lotniczych; fotografowanie lotnicze i rozpoznanie radioelektroniczne. Zasadniczymi obiektami rozpoznania były: środki rakietowo-jądrowe, lotniska lotnictwa taktycznego; odwody operacyjne w rejonach ześrodkowania i w marszu; środki przeciwlotnicze; środki i urządzenia radioelektroniczne, węzły i szlaki komunikacyjne; składy i magazyny; bazy morskie i okręty na morzu. Dla lotnictwa rozpoznania operacyjnego i rozpoznania taktycznego przewidywano dwa sposoby działania: jednoczesny zmasowany wylot większości samolotów (do 85%) oraz pojedyncze wyloty poszczególnych załóg i par samolotów. Jednoczesny zmasowany wylot załóg rozpoznawczych armii lotniczej miał być stosowany w celu rozpoznania i określenia miejsca położenia (współrzędnych) dużej ilości obiektów, które mają być celem zmasowanego uderzenia rakietowo-jądrowego i lotnictwa. Powyższe działania miały być prowadzone jako samodzielne operacje lotnictwa rozpoznawczego, ściśle współdziałającego z lotnictwem uderzeniowym i w warunkach wszechstronnego zabezpieczenia, głównie w zakresie przenikania przez obronę powietrzną przeciwnika. Celem takiej operacji miało być potwierdzenie i dokładne ustalenie danych o obiektach planowanych do zniszczenia w ramach zmasowanego uderzenia przez siły i środki frontu, a także określenie aktualnej sytuacji, stanu ilościowego i bazowania środków napadu powietrznego oraz środków przeciwlotniczych. Zmasowany wylot miał planować sztab armii lotniczej, a organizacja odbioru danych należała do zainteresowanych sztabów wojsk operacyjnych. Zmasowany wylot lotnictwa rozpoznania operacyjnego i taktycznego mógł być wykonany tylko w sporadycznych wypadkach, ponieważ angażując w stosunkowo krótkim czasie większość sił lotnictwa rozpoznawczego, przerywał jego działalność na nie mniej niż dwie godziny, niezbędne do odtworzenia gotowości do kolejnego wylotu. Pojedyncze wyloty poszczególnych załóg i par samolotów rozpoznawczych miały być wykonywane na korzyść działań bojowych prowadzonych przez wszystkie rodzaje sił zbrojnych w każdej sytuacji (dopuszczalne było działanie w składzie klucza, w warunkach silnego przeciwdziałania lotnictwa myśliwskiego przeciwnika). Ten sposób działania lotnictwa rozpoznawczego miał być najbardziej rozpowszechniony, a jego podstawową zaletą było zapewnienie ciągłości rozpoznania. Miały być one wykonywane zarówno według planu, jak i na wezwanie. Dla lotnictwa rozpoznania operacyjnego typowym sposobem działania miały być jednak pojedyncze wyloty według planu. W maju 1980 r. po szkoleniu teoretycznym w COSSTWL do jednostki przybyła kolejna grupa pilotów: por. Jan Baszun, por. Czesław Gibaszewski, por. Marian Gołoś, por. Jan Jamiński, por. Leszek Kłosowski, por. Stefan Lemański, por. Wiesław Lipiec, por. Józef Ostasiewicz, por. Krzysztof Ryniecki i por. Leon Wójciga. 18 sierpnia 1980 r. podczas odpalania rakiety 5-24 do celu naziemnego na poligonie Solec Kujawski pilot nie przestawił dźwigni sterowania silnikiem w położenie „mały gaz, przez co doszło do pompażu i zatrzymania pracy zespołu napędowego samolotu. Pilot por. Ryszard Pawłowicz katapultował się bezpiecznie, natomiast Su-20 z numerem 6139 uległ zniszczeniu w wyniku zderzenia z ziemią. Pomimo planów brygada nigdy nie uzyskała pełnego stanu czterech eskadr lotniczych. Eskadra rozpoznania i przeciwdziałania radioelektronicznego po wycofaniu Ił-28 nie otrzymała nowego sprzętu i została rozwiązana, eskadra wyposażona w wysokościowe samoloty rozpoznawczo-bombowe MiG-25RB nigdy zaś nie została utworzona (była rekomendowana do sformowania przez dowództwo Układu Warszawskiego w składzie ośmiu samolotów, w tym sześć bojowych i dwa szkolne). Z tego powodu doszło do urealnienia etatu 7. BLBR i z dniem 15 października 1982 r. stała się ona 7. Pułkiem Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego (plbr). W grudniu 1983 r. bezpośrednio po promocji w Wyższej Oficerskiej Szkole Lotniczej w Dęblinie do 7. plbr przybyła kolejna grupa pilotów: Marek Biegański, Jerzy Dróżdż, Bogdan Jurczyk, Marek Kocimski, Hieronim Pluta, Grzegorz Wójtowicz i Marek Wyrwich (wszyscy w stopniu podporucznika). W styczniu 1984 r. zostali skierowani do COSSTWL w celu teoretycznego przeszkolenia na Su-20. W kwietniu rozpoczęli praktyczne szkolenie w powietrzu na Su-7U, a w maju wykonali pierwsze loty na Su-20. 16 czerwca 1984 r. pozyskano z ZSRR jeszcze jednego Su-7U, miał on numer seryjny 2905 i boczny 905, oczywiście również samolot używany. 9 listopada 1984 r. nowym dowódcą jednostki został płk pil. Tadeusz Kuziora, wcześniej zajmujący stanowisko zastępcy dowódcy 7. plbr ds. szkolenia. 17 maja 1984 r. w locie na wysokości 200 m w wyniku zderzenia z bocianem zostało rozbite oszklenie kabiny Su-20 (4244), pomimo trudnej sytuacji (zranienia twarzy odłamkami szkła) kpt. pil. Andrzej Pawul doprowadził samolot na lotnisko i szczęśliwie wylądował. Za ten czyn został wyróżniony tytułem i odznaką „Zasłużony Pilot Wojskowy PRL. 4 września 1985 r. doszło do pompażu silnika na Su-20 (6265) po odpaleniu rakiety S-24 do celu naziemnego na poligonie Nadarzyce. Mimo małej wysokości kpt. pil. Krzysztof Ryniecki uruchomił silnik ponownie (samolot z nabranymi obrotami przeszedł do lotu poziomego na wysokości 150 m) i bezpiecznie wylądował na lotnisku w Powidzu. W grudniu do 7. plbr przybyła kolejna grupa pilotów — absolwentów dęblińskiej „Szkoły Orląt": Marek Błoński, Piotr Budzianowski, Paweł Chyba, Jerzy Gruszczyński, Marek Korona, Krzysztof Ogórek, Jan Płachta, Robert Sawa, Grzegorz Stelmaszczyk, Piotr Turowski i Krzysztof Walczak (wszyscy w stopniu podporucznika). W styczniu 1986 r. udali się oni do 45. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Babimoście w celu zwiększenia nalotu ogólnego przed rozpoczęciem szkolenia na samolotach naddźwiękowych. W tym czasie doszło do kolejnej reorganizacji lotnictwa polskiego, w wyniku której m.in. z dniem 31 grudnia 1986 r. rozwiązano 21. plmb w Powidzu. Pochodzący z niego personel wykorzystano do utworzenia eskadry samolotów Su-22M4 (12 szt.) i Su-22UM3K (3 szt.), która została włączona w skład 7. Pułku Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego. Ponadto z wyposażenia 7. plbr wycofano Su-7U, przekazując je w marcu 1986 r. do 3. plmb. W ich miejsce wprowadzono cztery szko|lno-bojowe Su-22UM3K. W 1987 r. 7. plbr podporządkowano 2. Dywizji Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego. W trakcie eksploatacji Su-20 zostały dozbrojone w zasobniki B-8M1 z rakietami S-8 kal. 80 mm oraz zasobniki rurowe ZR-8MB-1 polskiej konstrukcji i produkcji, przeznaczone do przenoszenia lotniczych bomb odłamkowo-kułkowych małego wagomiaru LBOK-1,5. W ośmiu rurowych prowadnicach ZR-8MB-1 mieściło się 120 bomb tego typu. 21 października 1986 r. nowym dowódcą jednostki został ppik pil. Czesław Śledzik, dotychczas pełniący obowiązki starszego nawigatora 2. DLMB. W marcu 1987 r. jednostka wzięła udział w ćwiczeniu „Opal-87”, któremu przyglądali się obserwatorzy wojskowi z 22 państw sygnatariuszy KBWĘ. W tym okresie szkolenie lotnicze nie ograniczało się tylko do działania nad własnym terytorium (loty wykonywano także nad morzem). Latem 1987 r. eskadra Su-20 przebywała w bazie czechosłowackiego lotnictwa w Prerov, zapoznając się ze specyfiką realizowania lotów i zwalczania obiektów naziemnych w górach. W tym samym czasie czeska eskadra MiG-21 operowała z lotniska w Powidzu. 1 września 1987 r. podczas startu doszło do uszkodzenia pompy paliwowej silnika (usterka techniczna) i katapultowania się kpt. pil. Andrzeja Pawula z Su-20 z numerem bocznym 4243. Pilot katapultował się bezpiecznie tuż po starcie, natomiast samolot uległ zniszczeniu. 13 czerwca 1988 r. Su-20 z numerem 6130 po odpaleniu pocisku R-3S zderzył się z bombą celem CP-100 na poligonie Ustka na wysokości 6500-7000 m. Pilot, kpt. Czesław Gibaszewski, katapultował się pomyślnie nad morzem, został następnie podniesiony z wody przez śmigłowiec ratowniczy Mi-14. Samolot spadł do Bałtyku i uległ zniszczeniu. 2 marca 1989 r. samolot Su-20 z mjr. Krzysztofem Krzysztoforskim za sterami podczas lotu w chmurach został trafiony piorunem. Zgasł silnik, ale pilot uruchomił go ponownie i szczęśliwie powrócił na lotnisko w Powidzu. Za ten czyn został odznaczony Krzyżem Oficerskim Orderu Odrodzenia Polski. 13 lutego 1989 r. obowiązki dowódcy jednostki objął płk pil. Benedykt Sasim, dotychczasowy zastępca dowódcy 7. plbr ds. liniowych. Następnie 21 września 1991 r. pełnienie obowiązków dowódcy pułku powierzono płk. pil. Krzysztofowi Adamczakowi, wcześniej także zastępcy dowódcy 7. plbr ds. liniowych. W kwietniu 1989 r. po przeszkoleniu teoretycznym na Su-20) do 7. Pułku przybyła kolejna grupa podporuczników pilotów: Piotr Boruta, Sławomir Dróżdż, Donat Kluj, Wiesław Matyszczak, Grzegorz Pawłowski i Robert Tyran. 1 sierpnia 1990 r. por. Jerzy Gruszczyński wpadł w łuski prowadzącego podczas strzelania do celu naziemnego na poligonie Nadarzyce, w wyniku czego doszło do wyjścia z pracy zespołu napędowego. Pilot katapultował się bezpiecznie, natomiast samolot Su-20 z numerem 6251 uległ zniszczeniu. Do pułku przybyła ostatnia grupa personelu latającego przeszkalająca się na Su-20. Należeli do niej: por. Robert Dudzic, por. Grzegorz Falenta, por. Andrzej Gałązka, por. Andrzej Paczkowski, por. Piotr Przetocki i por. Tomasz Stefaniak. 16 października 1990 r. jednostkę odwiedziła delegacja Sił Powietrznych Szwecji, której zademonstrowano m.in. pokaz dynamiczny. Rozpoczynało go „wyjście spod uderzenia”, czyli jednoczesny szybki start eskadry Su-20 (dowodzonej przez ppłk. pil. Krzysztofa Rynieckiego) z pasa głównego, pasa pomocniczego i drogi kołowania lotniska. Startowano parami i pojedynczo z dwóch kierunków, z minimalnymi przerwami czasowymi. Następnie przeprowadzono atak na lotnisko parami, z kilku kierunków, z małej wysokości. Całość kończyło efektowne lądowanie kpt. pil. Bogdana Jurczyka z wypuszczeniem spadochronu hamującego na wyrównaniu i dobiegiem w granicach 350 m. W czerwcu 1991 r. przeprowadzono pokazowe ćwiczenie na drogowym odcinku lotniskowym Września z udziałem akredytowanych w Polsce ataszatów wojskowych państw NATO. W jego trakcie zademonstrowano lądowanie klucza Su-20 po uderzeniu na poligonie, odtworzenie gotowości bojowej i start do wykonania kolejnego zadania. W lipcu 1992 r. na zaproszenie dowódcy Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej gościł w Polsce inspektor Sił Powietrznych Bundeswehry — gen. por. Hans Jorg Kuebart. Jego wizyta w Powidzu była pierwszym w powojennej historii spotkaniem przedstawicieli lotnictwa wojskowego Niemiec z lotnikami polskimi. We wrześniu 7. plbr poddano międzynarodowej kontroli w ramach budowy zaufania militarnego w Europie, w jej skład wchodziło 35 oficerów z 18 państw sygnatariuszy KBWE. 14 lipca 1993 r. podczas lotu na wysokości 2000 m urwała się część łopatek drugiego stopnia turbiny, co spowodowało wyjście z pracy silnika Su-20 z numerem 6254. Pilot, por. Robert Dudzic, katapultował się pomyślnie, a samolot uległ zniszczeniu. Kolejnym ważnym wydarzeniem było przyjęcie w sierpniu 1993 r. delegacji US Air Force in Europe z gen. Robertem C. Oaksem na czele. Goście zapoznali się z historią, przeznaczeniem i zadaniami 7. plbr, a następnie obejrzeli alarmowe opuszczenie lotniska przez eskadrę samolotów Su-20. Ponadto piloci z 1. plm (MiG-29) i 28. plm (MiG-23) zaprezentowali manewrową walkę powietrzną. Jeszcze w tym samym roku (w październiku) Powidz odwiedziła delegacja US Air Force z szefem sztabu gen. Merillem McPeakiem na czele. 22 marca 1994 r. w ramach ćwiczenia „Grab” w godzinach rannych z Powidza wystartowało 20 Su-20 i Su-22. Poszczególne załogi wykonały zadania uderzeniowe na poligonie w Orzyszu, pozorując pierwszy zmasowany atak przeciwnika rozpoczynającego powietrzną operację zaczepną. W drodze powrotnej piloci 7. plbr byli przechwytywani przez myśliwce MiG-23, a następnie bombardowali cele na poligonie Jagodne. Po lądowaniu na lotnisku w Mińsku Mazowieckim i odtworzeniu gotowości bojowej wykonali kolejne zadanie w ramach drugiego zmasowanego nalotu na poligon w Orzyszu. Tym razem dolot do obiektów uderzeń odbył się pod osłoną samolotów myśliwskich MiG-29, które związały walką ponownie atakujące MiG-23. W listopadzie 1994 r. na dorocznej odprawie kierowniczej kadry Wojsk Lotniczych i Obrony Powietrznej dokonano podsumowania wyników szkolenia. W rozkazie specjalnym dowódca WLOP wyróżnił pucharem i dyplomem 7. plbr oraz osobiście dowódcę jednostki. Rok 1995 rozpoczęto w pułku od kolejnego sukcesu, podczas obrad XXXVI Konferencji Bezpieczeństwa Lotów Sił Zbrojnych RP 7. plbr za wysokie wyniki w dziedzinie BL został nagrodzony po raz drugi pucharem. Niestety, 31 maja 1995 r. katastrofie uległ Su-20 z numerem 6134. Podczas wykonywania przewrotu na małej wysokości kpt. pil. Grzegorz Falenta doprowadził do zderzenia samolotu z ziemią i zginął na miejscu. 28 marca 1996 r. dowódca 7. plbr przekazał swoje obowiązki ppłk. pil. Leszkowi Cwojdzińskiemu, dotychczasowemu zastępcy dowódcy 6. plmb ds. liniowych. W maju w ćwiczeniu „Szerszeń-96” wzięły udział cztery szwedzkie samoloty wielozadaniowe AJS-37 Viggen, które prowadziły działania z lotniska Powidz oraz drogowego odcinka lotniskowego Września, wspólnie z powidzkimi lotnikami. Jednakże kres eksploatacji Su-20 w Polsce zbliżał się wielkimi krokami. Jeszcze 28 lutego 1994 r. wycofano samoloty z numerami bocznymi: 4242, 4244, 4245 i 4246. Były to najstarsze egzemplarze dostarczone do Polski w 1974 r. Następnie ich los podzieliły Su-20 z numerami 6131 (6 kwietnia 1994 r.) i 6255 (1 czerwca 1994 r.). 19 sierpnia 1996 r. Su-20 z numerem bocznym 7125 przebazowano na Air Show do Bydgoszczy, z którego nie wrócił już do jednostki. 28 lutego 1997 r. na płycie lotniska w Powidzu, po uroczystej zbiórce z udziałem dowództwa 4. Korpusu Lotniczego, 2. Dywizji Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego oraz 7. Pułku Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego pożegnano Su-20. Pozostałe 10 samolotów odprowadzili do Bazy Lotniczej w Bydgoszczy w dwóch turach piloci: Robert Dudzic, Donat Kluj, Andrzej Paczkowski, Grzegorz Pawłowski i Krzysztof Walczak. Zostały one zakonserwowane, a następnie spisane ze stanu protokołami kasacyjnymi. Na zdjęciach ze służby - Su-20 we wczesnym okresie eksploatacji, fot. WAF Seria zdjęć w Powidzu z 1991 r. Widać zasobnik rozpoznawczy KKR-1. Fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
5
10
85
3,679
Michał Fiszer retweeted
Kontynuując historię Su-17 - część kolejna Su-20 (S-32MK) w Polsce Z końcem lat 60. zaczęto myśleć o następcy samolotów odrzutowych Ił-28 w roli samolotu rozpoznania operacyjnego. Tu małe wyjaśnienie: w tych latach wciąż jeszcze uważano, że podstawowe uderzenia na cele naziemne będą wykonywane z użyciem broni jądrowej. Do tego celu służyły brygady rakiet operacyjno-taktycznych, zaś ich uzupełnieniem w atakach na cele zmieniające położenie miały być samoloty Su-7 z 3. Pomorskiego Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego z Bydgoszczy. W razie potrzeby pułk był też zdolny do wykonywania uderzeń konwencjonalnych na cele w głębi ugrupowania przeciwnika. W związku z tym dotychczasową 7. Brygadę Lotnictwa Bombowego w Powidzu na Ił-28 w 1968 r. przemianowano na 7 Brygadę Lotnictwa Rozpoznawczo-Bombowego, a w 1973 r. - na 7. Brygadę Lotnictwa Rozpoznania Operacyjnego. Jedna jej eskadra pozostała bombowa, ale kolejną wyposażona głównie w rozpoznawcze Ił-28R, zaś trzecią - w samoloty rozpoznania radioelektronicznego Ił-28E (przebudowane z bombowych) uzupełnione pojedynczym Ił-14E (nazywany Pueblo). Głównym zadaniem jednostki było wykonywanie rozpoznania na głębokość od ok. 70 do 300 km za linią frontu w poszukiwaniu stanowisk dowodzenia, odwodów i drugich rzutów wojsk, składów logistycznych, jednostek rakietowych, lądowisk śmigłowców, itp., które miały być celem ataków rakietowo-lotniczych, a dowództwu frontu nadmorskiego (polskiego) miały dać pojęcie o ugrupowaniu wroga, napływie sił wzmocnienia, itp. Z początkiem lat 70. przewidywano przezbrojenie brygady w naddźwiękowe samoloty rozpoznawczo-bombowe Jak-28R. Jednak okazało się, że nie jest to samolot udany i jego produkcja została zakończona na początku lat 70. Sytuację komplikował fakt, że Jak-28R nie miał bezpośredniego następcy. W tym czasie w ZSRR przystąpiono do wyposażania pułków lotnictwa rozpoznania operacyjnego w wysokościowe samoloty rozpoznawczo-bombowe MiG-25RB. Nowa struktura przewidywała dwie eskadry lotnicze Jak-28R i jedną eskadrę MiG-25RB. Wymiana Jak-28R na nowy typ miała mieć miejsce dopiero w latach 80. Miała to być wersja rozpoznawcza dwumiejscowego, taktycznego samolotu bombowego Su-24. Ostatecznie Rosjanie zaproponowali nam wersję rozpoznawczą eksportowego samolotu myśliwsko-bombowego Su-20, który wyróżniał się dużym zasięgiem. Nie za bardzo nam to odpowiadało, ponieważ chcieliśmy samolotu dwumiejscowego, ale ze względu na bezalternatywność sytuacji zgodziliśmy się na to rozwiązanie. Kiedy prowadzono rozmowy, nie istniało jeszcze wyposażenie rozpoznawcze dla samolotu bombowo-rozpoznawczego Su-20R, dlatego zdecydowaliśmy się rozbić zamówienie na dwie transze. Pierwsza obejmowała sześć „pilotażowych samolotów myśliwsko-bombowych Su-20, z których każdy miał być wyposażony w lotniczy aparat fotograficzny AFA-39 (A-39), zabudowany pionowo za wnęką przedniego podwozia. Aparat A-39 był przeznaczony do trasowego fotografowania lotniczego (fotografowania obiektów z jednego nalotu w przedziale wysokości 100-10 000 m z prędkością 500-1500 km/h). Natomiast druga — 20 samolotów Su-20R dostosowanych do przenoszenia zasobnika kompleksowego rozpoznania KKR-1, na podwieszeniu centralnym pod kadłubem. Do uzyskania maksymalnego zasięgu lotu na rozpoznanie na zewnętrznych belkach pod skrzydłami Su-20R przenosił dwa dodatkowe zbiorniki paliwa PTB-1150. Ponadto Su-20R z numerami seryjnymi kończącymi się na O lub 5 - podobnie jak pierwsza szóstką samolotów myśliwsko-bombowych Su-20 - miały zabudowany za wnęką przedniego podwozia aparat fotograficzny A-39. Dostawa „pilotażowych” Su-20 miała umożliwić przygotowanie z wyprzedzeniem odpowiedniej ilości personelu latającego i inżynieryjno-lotniczego do eksploatacji nowego sprzętu i w ten sposób pozwolić na szybkie uzyskanie gotowości przez 7. BLRO do wykonywania lotów w jednolitym systemie rozpoznania Wojska Polskiego na dostarczonych Su-20R z chwilą wycofania Ił-28, Ił-28R i Ił-28E (co wkrótce miało mieć miejsce). W okresie październik-grudzień 1973 r. skompletowano pierwszą grupę personelu latającego i inżynieryjno-lotniczego do przeszkolenia na nowy sprzęt. 4 stycznia 1974 r. udała się ona do Krasnodaru (Krasnodarska Wojskowa Połączona Szkoła Lotniczo-Techniczna) w ZSRR w celu przejścia szkolenia teoretycznego i praktycznego na Su-20. W składzie personelu latającego (10 osób) znaleźli się: mjr Maciej Paszkowski - dowódca (zastępca dowódcy 7. BLRO ds. liniowych, Ił-28), kpt. Tadeusz Kołodziejek (7. BLRO, Ił-28), kpt. Stanisław Nawrocki (21. plrtia, MiG-21R), kpt. Stanisław Walczak (32. plrtia, MiG-21R), kpt. Aleksander Zielenow (32. plrtia, MiG-21R), por. Jerzy Doliniec (3. plmb, Su-7), por. Mieczysław Kafel (32. plrtia, MiG-21R), por. Jan Kamiński (21. plrtia, MiG-21R), por. Bogdan Likus (3. plmb, Su-7) i por. Ignacy Urbaniak (3. plmb, Su-7). Umiejętności obsługi $u-20 zdobywała grupa 34 inżynierów i techników. W końcowym etapie szkolenia 16 kwietnia wydarzyła się katastrofa, w której śmierć poniósł kpt. Tadeusz Kołodziejek, wykonując lot na samolocie Su-20. Powrót personelu latającego do kraju miał miejsce 28 kwietnia 1974 r. Tymczasem dwa dni wcześniej (26 kwietnia) na lotnisku w Powidzu wylądowało sześć „pilotażowych" Su-20, które przyprowadzili radzieccy piloci. Posiadały one numery seryjne: 6601, 6602, 6603, 6604, 6605 i 6606 oraz boczne: 01, 02, 03, 04, 05 i 06. Wraz z samolotami przybyła ekipa specjalistów stanowiących serwis gwarancyjny. 3 maja 1974 r. wykonano na nich pierwsze loty w Polsce. W kolejnych dniach piloci doskonalili się pod względem pilotażowo- nawigacyjnym, a także realizowano szkolenie z zastosowania bojowego Su-20, którego w ZSRR nie prowadzono. W lipcu samoloty przebazowano na lotnisko Modlin, z którego wzięły udział w pierwszej publicznej demonstracji Su-20 w Polsce, w ramach uroczystych obchodów XXX-lecia PRL podczas Narodowego Święta Odrodzenia Polski. 22 lipca 1974 r. Su-20 w przelocie nad placem Defilad w Warszawie zademonstrowali: kpt. A. Zielenow (prowadzący), kpt. M. Kafel, kpt. I. Urbaniak, kpt. S. Walczak i por. J. Doliniec. Samoloty przeleciały w ugrupowaniu „klin” z rozłożonymi skrzydłami z prędkością 850 km/h na wysokości 350 m, wzbudzając bardzo duże zainteresowanie licznie zgromadzonych widzów. W związku z przyjęciem na stan 7. Brygady Lotnictwa Rozpoznania Operacyjnego (dowódca brygady — płk pil. Jerzy Adamiec) samolotów Su-20 ustalono następujący skład 7. BLRO: 1. Eskadra Rozpoznania Operacyjnego (Ił-28, It-28R), 2. Eskadra Rozpoznania i Przeciwdziałania Radioelektronicznego (Ił-14E, Ił-28E), 3. Eskadra Rozpoznania Operacyjnego (Su-20). Ta ostatnia była dowodzona przez kpt. Jana Kamińskiego i miała na stanie 6 samolotów bojowych Su-20 oraz szkolno-bojowe Su-7U (2 szt.) i SBLim-2 (1 szt.). Było tak, ponieważ nie opracowano dwumiejscowego wariantu Su-20 i w jego zastępstwie wykorzystywano szkolno-bojowe Su-7U. Były to egzemplarze z numerami bocznymi 115 (seryjny -2115) i 331 (seryjny — 3313), które w maju 1974 r. wypożyczono z 3. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego. 11 sierpnia 1975 r. dowódcą 7. BLRO został ppłk pil. Maciej Paszkowski. W końcu 1975 r. skompletowano drugą grupę personelu latającego do przeszkolenia na Su-20, w składzie: mjr pil. Zenon Jankowski, kpt. Zbigniew Remiński, por. Antoni Dziadowiec, por. Andrzej Padolski, por. Zygmunt Reginia, por. Benedykt Sasim, por. Andrzej Satomski i por. Tadeusz Zarzyka. Po wcześniejszym przeszkoleniu na Su-7U w Bydgoszczy grupa na początku 1976 r. udała się na kurs do Krasnodaru. 3 lutego 1976 r. miała miejsce pierwsza katastrofa Su-20 w Polsce, w wyniku której śmierć poniósł kpt. pil. (pośmiertnie awansowany do stopnia majora) Jerzy Doliniec. Przyczyną było samoczynne wyłączenie się silnika podczas podejścia do lądowania według systemu RSBN-5S z wykorzystaniem systemu automatycznego sterowania samolotu. Silnik wyłączył się na wysokości 800 m, w locie z kursem lądowania, w odległości 18 km od lotniska Powidz. Powodem była usterka techniczna. Katapultowanie było nieudane z powodu zbyt małej wysokości, pilot po oddzieleniu od fotela uderzył w ziemię i poniósł śmierć. W zamian za zniszczony z powodu wady fabrycznej samolot Su-20 z numerem 01 strona radziecka przekazała nam 12 lutego 1977 r. egzemplarz Su-20 z numerem seryjnym 74105 i bocznym 7125, wcześniej eksploatowany w Siłach Powietrznych ZSRR. Miał on zabudowany za wnęką przedniego podwozia aparat AFA-39. W marcu-kwietniu 1976 r. zrealizowano zasadniczą dostawę Su-20 (Su-20R) do Polski. W marcu dostarczono 8 egzemplarzy, a w kwietniu - 12. W marcu były to Su-20R z następującymi numerami seryjnymi i bocznymi: 74930 - 6130, 76301 - 6131, 74724 - 6134, 74725 - 6135, 74426 — 6136, 74727 — 6137, 74728 - 61381 74929 - 6139. Natomiast w kwietniu były to Su-20R z numerami: 74210 - 6250, 74311 - 6251, 76302 - 6352, 76303 - 6253, 76304 - 6354, 76305 — 6255, 74416 — 6256, 74209 - 6259, 74312 - 6262, 74313 - 6263, 74314 - 6264 i 74416 - 6265. Aby ujednolicić wszystkie „dwudziestki”, także pierwszej piątce (szósty samolot do tego czasu utracono) zmieniono numery boczne na czterocyfrowe: 6602 - 02 na 4242, 6603 - 03 na 4243, 6604 - 04 na 4244, 6605 - 05 na 4245 i 6606 - 06 na 4246. 7 lipca 1976 r. na lotnisku w Powidzu wylądowały dwa dwumiejscowe samoloty szkolno-bojowe Su-7U (z numerami seryjnymi 5513 i 3702 oraz bocznymi 513 i 702), pozyskane z Sił Powietrznych ZSRR (używane). Pozwoliło to wcześniej wypożyczone z 3. plmb Su-7U w grudniu zwrócić bydgoskiej jednostce. Trzeci używany eks-radziecki Su-7U przybył do Powidza 12 lutego 1977 r. Był to egzemplarz z numerem seryjnym 3517 i bocznym 517. W ślad za tymi dostawami zarządzeniem dowódcy wojsk lotniczych 15 sierpnia 1976 r. 7. BLRO przeformowano w 7. Brygadę Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego (BLBR), w składzie: 1. i 2. Eskadra Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego (Su-20, Su-20R) oraz 3. Eskadra Rozpoznania i Przeciwdziałania Radioelektronicznego (Ił-14E, Ił-28E, I4-28R). We wrześniu Su-20 zadebiutowały po raz pierwszy bojowo, biorąc udział w ćwiczeniach Układu Warszawskiego „Tarcza-76”, bombardując wskazane cele na poligonie Nadarzyce. Po raz pierwszy obserwatorami na ćwiczeniach byli przedstawiciele państw zachodnich (Austria, Dania, Finlandia, Szwecja), w ramach Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE). W tym samym roku wybrana grupa pilotów i personelu inżynieryjno-lotniczego 7. BLBR wraz z czterema samolotami po raz pierwszy wzięła udział w szkoleniu w ZSRR z zakresu użycia taktycznej broni jądrowej (Centralny Poligon Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Lidzie). Zgodnie z dostępnymi w Polsce instrukcjami Su-20 był dostosowany do przenoszenia bomb jądrowych typu 8U49 (1 szt., masa — 460 kg), 6U57 (1 szt., masa - 530 kg), 8063 (2 szt., masa — 610 kg) lub 9U64 (2 szt., masa — 610 kg). Były one podwieszane na belkach specjalnych pod kadłubem. Wraz z nimi samolot mógł zabrać dwa zbiorniki dodatkowe PTB-800. Szkolenia tego typu prowadzono do końca lat 70. W styczniu 1977 r. do Krasnodaru na przeszkolenie na Su-20 wysłano trzecią grupę personelu latającego, którą tworzyli: ppłk Jan Hałas (dowódca), kpt. Jerzy Kaźmierczyk, por. Roman Gancarczyk, por. Witold Kosiński, por. Jerzy Małyszko, por. Marian Musielski, por. Józef Pazgan, por. Ryszard Pawłowicz, por. Tadeusz Pieciukiewicz i por. Ryszard Zegan. Wywodzili się oni głównie z 40. plmsz ze Świdwina, wcześniej wykonywali loty na maszynach Lim i SBLim i nie mieli styczności z samolotami naddźwiękowymi. Z tego powodu ich przeszkolenie na Su-20 także poprzedzono krótkim kursem obejmującym około 10 lotów na Su-7U. Tym razem jednak nie miał on miejsca w Bydgoszczy, a bezpośrednio w Krasnodarze z radzieckimi instruktorami-pilotami. 13 marca 1977 r. kpt. pil. Stanisław Walczak przerwał start z powodu podniesienia się przedniego koła na zbyt małej prędkości. W konsekwencji samolot wypadł z pasa i skapotował. Naprawę uznano za nieopłacalną i egzemplarz Su-20 z numerem 6137 przekazano na pomoc szkoleniową do Centralnego Ośrodka Szkolenia Specjalistów Technicznych Wojsk Lotniczych (COSSTWL) w Oleśnicy. W połowie roku do Polski dostarczono osiem zasobników KKR-1. Pierwsze loty z ich praktycznym wykorzystaniem zrealizowano w październiku. We wrześniu 1977 r. miała miejsce zmiana na stanowisku dowódcy 7. Brygady Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego: ppłk pil. Maciej Paszkowski przekazał wówczas dowodzenie 7. BLBR ppłk. pil. Janowi Kani, który właśnie ukończył studia w Akademii Sił Zbrojnych ZSRR im. Woroszyłowa w Moskwie (wcześniej był dowódcą 3. plmb). 30 grudnia 1977 r. na uroczystej zbiórce dowódca eskadry rozpoznania i przeciwdziałania radioelektronicznego ppłk pil. Józef Cholewa wraz z inżynierem mjr. Marianem Turkotem złożyli dowódcy wojsk lotniczych gen. dyw. pil. Tadeuszowi Krepskiemu meldunek o zakończeniu eksploatacji Ił-28 w 7. BLBR. Skład bojowy 7. BLBR zmniejszył się do dwóch eskadr lotnictwa bombowo-rozpoznawczego (eksploatację pojedynczego samolotu rozpoznania radioelektronicznego Ił-14E zakończono w 1980 r.). Na początku 1978 r. do Krasnodarskiej Połączonej Szkoły Lotniczo-Technicznej wysłano czwartą grupę personelu latającego do przeszkolenia na Su-20. Była ona o tyle nietypowa, że składała się z młodych pilotów bez większego doświadczenia. Jednocześnie była to ostatnia grupa polskich pilotów szkolona na ten typ w ZSRR. W jej skład wchodzili: por. Edward Majerski, por. Stanisław Zajas, ppor. Ryszard Bobak, ppor. Jan Kleszczewski, ppor. Michał Krupa, ppor. Krzysztof Krzysztoforski, ppor. Stanisław Migielicz, ppor. Andrzej Pawul, ppor. Zbigniew Rutkowski i ppor. Grzegorz Warkocki. Od 1978 r. brygada przystąpiła do działania w ramach jednolitego systemu rozpoznania Wojska Polskiego. W jego ramach przed 7. BLBR postawiono zadanie prowadzenia rozpoznania radioelektronicznego po wyznaczonych trasach nad wodami międzynarodowymi Morza Bałtyckiego, ze szczególnym zwróceniem uwagi na akwen Bałtyku Zachodniego i Cieśnin Duńskich. Na zakończenie każdego roku kalendarzowego przygotowywano sprawozdanie z tych lotów (traktowanych jako bojowe; czasami w ich trakcie dochodziło do przechwyceń przez samoloty myśliwskie NATO i alarmowego startu własnych myśliwców z jednostek znajdujących się na wybrzeżu), które przesyłano do Oddziału Rozpoznawczego Sztabu Wojsk Lotniczych. Na zdjęciach zachowane w muzeach Su-20: pierwszy Su-20R z drugiej dostawy 20 samolotów "6131" z MPTW Warszawa, dalej drugi dostarczony do Polski Su-20 "4242" (dawny "02") zachowany w MLP Kraków i jedyny egzemplarz z numerem na "7", ex-radziecki Su-17M przekazany za zniszczony "01" w ramach reklamacji, występujący u nas jako Su-20 (poza drobnymi zmianami w wyposażeniu, co zostało zrobione, były identyczne) zachowany w MLP Dęblin. Fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
1
4
75
4,015
Kontynuując historię Su-17 - część kolejna Su-20 (S-32MK) w Polsce Z końcem lat 60. zaczęto myśleć o następcy samolotów odrzutowych Ił-28 w roli samolotu rozpoznania operacyjnego. Tu małe wyjaśnienie: w tych latach wciąż jeszcze uważano, że podstawowe uderzenia na cele naziemne będą wykonywane z użyciem broni jądrowej. Do tego celu służyły brygady rakiet operacyjno-taktycznych, zaś ich uzupełnieniem w atakach na cele zmieniające położenie miały być samoloty Su-7 z 3. Pomorskiego Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego z Bydgoszczy. W razie potrzeby pułk był też zdolny do wykonywania uderzeń konwencjonalnych na cele w głębi ugrupowania przeciwnika. W związku z tym dotychczasową 7. Brygadę Lotnictwa Bombowego w Powidzu na Ił-28 w 1968 r. przemianowano na 7 Brygadę Lotnictwa Rozpoznawczo-Bombowego, a w 1973 r. - na 7. Brygadę Lotnictwa Rozpoznania Operacyjnego. Jedna jej eskadra pozostała bombowa, ale kolejną wyposażona głównie w rozpoznawcze Ił-28R, zaś trzecią - w samoloty rozpoznania radioelektronicznego Ił-28E (przebudowane z bombowych) uzupełnione pojedynczym Ił-14E (nazywany Pueblo). Głównym zadaniem jednostki było wykonywanie rozpoznania na głębokość od ok. 70 do 300 km za linią frontu w poszukiwaniu stanowisk dowodzenia, odwodów i drugich rzutów wojsk, składów logistycznych, jednostek rakietowych, lądowisk śmigłowców, itp., które miały być celem ataków rakietowo-lotniczych, a dowództwu frontu nadmorskiego (polskiego) miały dać pojęcie o ugrupowaniu wroga, napływie sił wzmocnienia, itp. Z początkiem lat 70. przewidywano przezbrojenie brygady w naddźwiękowe samoloty rozpoznawczo-bombowe Jak-28R. Jednak okazało się, że nie jest to samolot udany i jego produkcja została zakończona na początku lat 70. Sytuację komplikował fakt, że Jak-28R nie miał bezpośredniego następcy. W tym czasie w ZSRR przystąpiono do wyposażania pułków lotnictwa rozpoznania operacyjnego w wysokościowe samoloty rozpoznawczo-bombowe MiG-25RB. Nowa struktura przewidywała dwie eskadry lotnicze Jak-28R i jedną eskadrę MiG-25RB. Wymiana Jak-28R na nowy typ miała mieć miejsce dopiero w latach 80. Miała to być wersja rozpoznawcza dwumiejscowego, taktycznego samolotu bombowego Su-24. Ostatecznie Rosjanie zaproponowali nam wersję rozpoznawczą eksportowego samolotu myśliwsko-bombowego Su-20, który wyróżniał się dużym zasięgiem. Nie za bardzo nam to odpowiadało, ponieważ chcieliśmy samolotu dwumiejscowego, ale ze względu na bezalternatywność sytuacji zgodziliśmy się na to rozwiązanie. Kiedy prowadzono rozmowy, nie istniało jeszcze wyposażenie rozpoznawcze dla samolotu bombowo-rozpoznawczego Su-20R, dlatego zdecydowaliśmy się rozbić zamówienie na dwie transze. Pierwsza obejmowała sześć „pilotażowych samolotów myśliwsko-bombowych Su-20, z których każdy miał być wyposażony w lotniczy aparat fotograficzny AFA-39 (A-39), zabudowany pionowo za wnęką przedniego podwozia. Aparat A-39 był przeznaczony do trasowego fotografowania lotniczego (fotografowania obiektów z jednego nalotu w przedziale wysokości 100-10 000 m z prędkością 500-1500 km/h). Natomiast druga — 20 samolotów Su-20R dostosowanych do przenoszenia zasobnika kompleksowego rozpoznania KKR-1, na podwieszeniu centralnym pod kadłubem. Do uzyskania maksymalnego zasięgu lotu na rozpoznanie na zewnętrznych belkach pod skrzydłami Su-20R przenosił dwa dodatkowe zbiorniki paliwa PTB-1150. Ponadto Su-20R z numerami seryjnymi kończącymi się na O lub 5 - podobnie jak pierwsza szóstką samolotów myśliwsko-bombowych Su-20 - miały zabudowany za wnęką przedniego podwozia aparat fotograficzny A-39. Dostawa „pilotażowych” Su-20 miała umożliwić przygotowanie z wyprzedzeniem odpowiedniej ilości personelu latającego i inżynieryjno-lotniczego do eksploatacji nowego sprzętu i w ten sposób pozwolić na szybkie uzyskanie gotowości przez 7. BLRO do wykonywania lotów w jednolitym systemie rozpoznania Wojska Polskiego na dostarczonych Su-20R z chwilą wycofania Ił-28, Ił-28R i Ił-28E (co wkrótce miało mieć miejsce). W okresie październik-grudzień 1973 r. skompletowano pierwszą grupę personelu latającego i inżynieryjno-lotniczego do przeszkolenia na nowy sprzęt. 4 stycznia 1974 r. udała się ona do Krasnodaru (Krasnodarska Wojskowa Połączona Szkoła Lotniczo-Techniczna) w ZSRR w celu przejścia szkolenia teoretycznego i praktycznego na Su-20. W składzie personelu latającego (10 osób) znaleźli się: mjr Maciej Paszkowski - dowódca (zastępca dowódcy 7. BLRO ds. liniowych, Ił-28), kpt. Tadeusz Kołodziejek (7. BLRO, Ił-28), kpt. Stanisław Nawrocki (21. plrtia, MiG-21R), kpt. Stanisław Walczak (32. plrtia, MiG-21R), kpt. Aleksander Zielenow (32. plrtia, MiG-21R), por. Jerzy Doliniec (3. plmb, Su-7), por. Mieczysław Kafel (32. plrtia, MiG-21R), por. Jan Kamiński (21. plrtia, MiG-21R), por. Bogdan Likus (3. plmb, Su-7) i por. Ignacy Urbaniak (3. plmb, Su-7). Umiejętności obsługi $u-20 zdobywała grupa 34 inżynierów i techników. W końcowym etapie szkolenia 16 kwietnia wydarzyła się katastrofa, w której śmierć poniósł kpt. Tadeusz Kołodziejek, wykonując lot na samolocie Su-20. Powrót personelu latającego do kraju miał miejsce 28 kwietnia 1974 r. Tymczasem dwa dni wcześniej (26 kwietnia) na lotnisku w Powidzu wylądowało sześć „pilotażowych" Su-20, które przyprowadzili radzieccy piloci. Posiadały one numery seryjne: 6601, 6602, 6603, 6604, 6605 i 6606 oraz boczne: 01, 02, 03, 04, 05 i 06. Wraz z samolotami przybyła ekipa specjalistów stanowiących serwis gwarancyjny. 3 maja 1974 r. wykonano na nich pierwsze loty w Polsce. W kolejnych dniach piloci doskonalili się pod względem pilotażowo- nawigacyjnym, a także realizowano szkolenie z zastosowania bojowego Su-20, którego w ZSRR nie prowadzono. W lipcu samoloty przebazowano na lotnisko Modlin, z którego wzięły udział w pierwszej publicznej demonstracji Su-20 w Polsce, w ramach uroczystych obchodów XXX-lecia PRL podczas Narodowego Święta Odrodzenia Polski. 22 lipca 1974 r. Su-20 w przelocie nad placem Defilad w Warszawie zademonstrowali: kpt. A. Zielenow (prowadzący), kpt. M. Kafel, kpt. I. Urbaniak, kpt. S. Walczak i por. J. Doliniec. Samoloty przeleciały w ugrupowaniu „klin” z rozłożonymi skrzydłami z prędkością 850 km/h na wysokości 350 m, wzbudzając bardzo duże zainteresowanie licznie zgromadzonych widzów. W związku z przyjęciem na stan 7. Brygady Lotnictwa Rozpoznania Operacyjnego (dowódca brygady — płk pil. Jerzy Adamiec) samolotów Su-20 ustalono następujący skład 7. BLRO: 1. Eskadra Rozpoznania Operacyjnego (Ił-28, It-28R), 2. Eskadra Rozpoznania i Przeciwdziałania Radioelektronicznego (Ił-14E, Ił-28E), 3. Eskadra Rozpoznania Operacyjnego (Su-20). Ta ostatnia była dowodzona przez kpt. Jana Kamińskiego i miała na stanie 6 samolotów bojowych Su-20 oraz szkolno-bojowe Su-7U (2 szt.) i SBLim-2 (1 szt.). Było tak, ponieważ nie opracowano dwumiejscowego wariantu Su-20 i w jego zastępstwie wykorzystywano szkolno-bojowe Su-7U. Były to egzemplarze z numerami bocznymi 115 (seryjny -2115) i 331 (seryjny — 3313), które w maju 1974 r. wypożyczono z 3. Pułku Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego. 11 sierpnia 1975 r. dowódcą 7. BLRO został ppłk pil. Maciej Paszkowski. W końcu 1975 r. skompletowano drugą grupę personelu latającego do przeszkolenia na Su-20, w składzie: mjr pil. Zenon Jankowski, kpt. Zbigniew Remiński, por. Antoni Dziadowiec, por. Andrzej Padolski, por. Zygmunt Reginia, por. Benedykt Sasim, por. Andrzej Satomski i por. Tadeusz Zarzyka. Po wcześniejszym przeszkoleniu na Su-7U w Bydgoszczy grupa na początku 1976 r. udała się na kurs do Krasnodaru. 3 lutego 1976 r. miała miejsce pierwsza katastrofa Su-20 w Polsce, w wyniku której śmierć poniósł kpt. pil. (pośmiertnie awansowany do stopnia majora) Jerzy Doliniec. Przyczyną było samoczynne wyłączenie się silnika podczas podejścia do lądowania według systemu RSBN-5S z wykorzystaniem systemu automatycznego sterowania samolotu. Silnik wyłączył się na wysokości 800 m, w locie z kursem lądowania, w odległości 18 km od lotniska Powidz. Powodem była usterka techniczna. Katapultowanie było nieudane z powodu zbyt małej wysokości, pilot po oddzieleniu od fotela uderzył w ziemię i poniósł śmierć. W zamian za zniszczony z powodu wady fabrycznej samolot Su-20 z numerem 01 strona radziecka przekazała nam 12 lutego 1977 r. egzemplarz Su-20 z numerem seryjnym 74105 i bocznym 7125, wcześniej eksploatowany w Siłach Powietrznych ZSRR. Miał on zabudowany za wnęką przedniego podwozia aparat AFA-39. W marcu-kwietniu 1976 r. zrealizowano zasadniczą dostawę Su-20 (Su-20R) do Polski. W marcu dostarczono 8 egzemplarzy, a w kwietniu - 12. W marcu były to Su-20R z następującymi numerami seryjnymi i bocznymi: 74930 - 6130, 76301 - 6131, 74724 - 6134, 74725 - 6135, 74426 — 6136, 74727 — 6137, 74728 - 61381 74929 - 6139. Natomiast w kwietniu były to Su-20R z numerami: 74210 - 6250, 74311 - 6251, 76302 - 6352, 76303 - 6253, 76304 - 6354, 76305 — 6255, 74416 — 6256, 74209 - 6259, 74312 - 6262, 74313 - 6263, 74314 - 6264 i 74416 - 6265. Aby ujednolicić wszystkie „dwudziestki”, także pierwszej piątce (szósty samolot do tego czasu utracono) zmieniono numery boczne na czterocyfrowe: 6602 - 02 na 4242, 6603 - 03 na 4243, 6604 - 04 na 4244, 6605 - 05 na 4245 i 6606 - 06 na 4246. 7 lipca 1976 r. na lotnisku w Powidzu wylądowały dwa dwumiejscowe samoloty szkolno-bojowe Su-7U (z numerami seryjnymi 5513 i 3702 oraz bocznymi 513 i 702), pozyskane z Sił Powietrznych ZSRR (używane). Pozwoliło to wcześniej wypożyczone z 3. plmb Su-7U w grudniu zwrócić bydgoskiej jednostce. Trzeci używany eks-radziecki Su-7U przybył do Powidza 12 lutego 1977 r. Był to egzemplarz z numerem seryjnym 3517 i bocznym 517. W ślad za tymi dostawami zarządzeniem dowódcy wojsk lotniczych 15 sierpnia 1976 r. 7. BLRO przeformowano w 7. Brygadę Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego (BLBR), w składzie: 1. i 2. Eskadra Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego (Su-20, Su-20R) oraz 3. Eskadra Rozpoznania i Przeciwdziałania Radioelektronicznego (Ił-14E, Ił-28E, I4-28R). We wrześniu Su-20 zadebiutowały po raz pierwszy bojowo, biorąc udział w ćwiczeniach Układu Warszawskiego „Tarcza-76”, bombardując wskazane cele na poligonie Nadarzyce. Po raz pierwszy obserwatorami na ćwiczeniach byli przedstawiciele państw zachodnich (Austria, Dania, Finlandia, Szwecja), w ramach Konferencji Bezpieczeństwa i Współpracy w Europie (KBWE). W tym samym roku wybrana grupa pilotów i personelu inżynieryjno-lotniczego 7. BLBR wraz z czterema samolotami po raz pierwszy wzięła udział w szkoleniu w ZSRR z zakresu użycia taktycznej broni jądrowej (Centralny Poligon Lotnictwa Myśliwsko-Bombowego w Lidzie). Zgodnie z dostępnymi w Polsce instrukcjami Su-20 był dostosowany do przenoszenia bomb jądrowych typu 8U49 (1 szt., masa — 460 kg), 6U57 (1 szt., masa - 530 kg), 8063 (2 szt., masa — 610 kg) lub 9U64 (2 szt., masa — 610 kg). Były one podwieszane na belkach specjalnych pod kadłubem. Wraz z nimi samolot mógł zabrać dwa zbiorniki dodatkowe PTB-800. Szkolenia tego typu prowadzono do końca lat 70. W styczniu 1977 r. do Krasnodaru na przeszkolenie na Su-20 wysłano trzecią grupę personelu latającego, którą tworzyli: ppłk Jan Hałas (dowódca), kpt. Jerzy Kaźmierczyk, por. Roman Gancarczyk, por. Witold Kosiński, por. Jerzy Małyszko, por. Marian Musielski, por. Józef Pazgan, por. Ryszard Pawłowicz, por. Tadeusz Pieciukiewicz i por. Ryszard Zegan. Wywodzili się oni głównie z 40. plmsz ze Świdwina, wcześniej wykonywali loty na maszynach Lim i SBLim i nie mieli styczności z samolotami naddźwiękowymi. Z tego powodu ich przeszkolenie na Su-20 także poprzedzono krótkim kursem obejmującym około 10 lotów na Su-7U. Tym razem jednak nie miał on miejsca w Bydgoszczy, a bezpośrednio w Krasnodarze z radzieckimi instruktorami-pilotami. 13 marca 1977 r. kpt. pil. Stanisław Walczak przerwał start z powodu podniesienia się przedniego koła na zbyt małej prędkości. W konsekwencji samolot wypadł z pasa i skapotował. Naprawę uznano za nieopłacalną i egzemplarz Su-20 z numerem 6137 przekazano na pomoc szkoleniową do Centralnego Ośrodka Szkolenia Specjalistów Technicznych Wojsk Lotniczych (COSSTWL) w Oleśnicy. W połowie roku do Polski dostarczono osiem zasobników KKR-1. Pierwsze loty z ich praktycznym wykorzystaniem zrealizowano w październiku. We wrześniu 1977 r. miała miejsce zmiana na stanowisku dowódcy 7. Brygady Lotnictwa Bombowo-Rozpoznawczego: ppłk pil. Maciej Paszkowski przekazał wówczas dowodzenie 7. BLBR ppłk. pil. Janowi Kani, który właśnie ukończył studia w Akademii Sił Zbrojnych ZSRR im. Woroszyłowa w Moskwie (wcześniej był dowódcą 3. plmb). 30 grudnia 1977 r. na uroczystej zbiórce dowódca eskadry rozpoznania i przeciwdziałania radioelektronicznego ppłk pil. Józef Cholewa wraz z inżynierem mjr. Marianem Turkotem złożyli dowódcy wojsk lotniczych gen. dyw. pil. Tadeuszowi Krepskiemu meldunek o zakończeniu eksploatacji Ił-28 w 7. BLBR. Skład bojowy 7. BLBR zmniejszył się do dwóch eskadr lotnictwa bombowo-rozpoznawczego (eksploatację pojedynczego samolotu rozpoznania radioelektronicznego Ił-14E zakończono w 1980 r.). Na początku 1978 r. do Krasnodarskiej Połączonej Szkoły Lotniczo-Technicznej wysłano czwartą grupę personelu latającego do przeszkolenia na Su-20. Była ona o tyle nietypowa, że składała się z młodych pilotów bez większego doświadczenia. Jednocześnie była to ostatnia grupa polskich pilotów szkolona na ten typ w ZSRR. W jej skład wchodzili: por. Edward Majerski, por. Stanisław Zajas, ppor. Ryszard Bobak, ppor. Jan Kleszczewski, ppor. Michał Krupa, ppor. Krzysztof Krzysztoforski, ppor. Stanisław Migielicz, ppor. Andrzej Pawul, ppor. Zbigniew Rutkowski i ppor. Grzegorz Warkocki. Od 1978 r. brygada przystąpiła do działania w ramach jednolitego systemu rozpoznania Wojska Polskiego. W jego ramach przed 7. BLBR postawiono zadanie prowadzenia rozpoznania radioelektronicznego po wyznaczonych trasach nad wodami międzynarodowymi Morza Bałtyckiego, ze szczególnym zwróceniem uwagi na akwen Bałtyku Zachodniego i Cieśnin Duńskich. Na zakończenie każdego roku kalendarzowego przygotowywano sprawozdanie z tych lotów (traktowanych jako bojowe; czasami w ich trakcie dochodziło do przechwyceń przez samoloty myśliwskie NATO i alarmowego startu własnych myśliwców z jednostek znajdujących się na wybrzeżu), które przesyłano do Oddziału Rozpoznawczego Sztabu Wojsk Lotniczych. Na zdjęciach zachowane w muzeach Su-20: pierwszy Su-20R z drugiej dostawy 20 samolotów "6131" z MPTW Warszawa, dalej drugi dostarczony do Polski Su-20 "4242" (dawny "02") zachowany w MLP Kraków i jedyny egzemplarz z numerem na "7", ex-radziecki Su-17M przekazany za zniszczony "01" w ramach reklamacji, występujący u nas jako Su-20 (poza drobnymi zmianami w wyposażeniu, co zostało zrobione, były identyczne) zachowany w MLP Dęblin. Fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
1
4
75
4,015
Jednego nie mogę zrozumieć Nie łączy mi się, nie klei, ale ludziom się łączy i klei. Albo to funkcjonuje w ludzkich umysłach jako dwa niezależne byty, bez żadnego wzajemnego kontaktu. Jak zatem można uważać Rosję za fajny kraj, a jednocześnie potępiać w czambuł PRL, ZSRR i Komunę? Moskwa to Moskwa. Nie zmienia się od czasu Iwana Groźnego. Od zawsze ostoja wartości rodzinnych i wypruwania flaków ofiarom. Wszelkie wartości, w tym wiara chrześcijańska w wydaniu prawosławnym, tylko dla przyciągnięcia uwagi, dla uatrakcyjnienia, dla sterowania. A w istocie w dupie mają jakiekolwiek wartości, liczy się władza i bogactwo. Żadne tam miłuj bliźniego swego jak siebie samego, a w ryja gnoi! Nie kradnij (chyba że zgodnie z procedurami), nie pożądaj żony bliźniego swego nadaremno. U nas dawno nie widziałem kogoś wierzącego, a za takiego uważam przestrzegającego podstawowe choć biblijne nakazy, i zgodnie z nimi okazującymi pomoc słabszym, życzliwość dla bliskich i obcych, ceniącymi uczciwość, powściągliwość i pokorę, dobroć dla ludzi (wszystkich) i zwierząt (głównie domowych). Jak kogoś takiego znacie, dajcie znać. W każdym razie Moskwa się nie zmienia, poza niuansami. Za komuny nastąpił chwilowy rozbrat z religią, ale na krótko, cerkiew wróciła do łask. A to tylko z jednego powodu: jak kościół (cerkiew) służy władzy, to jest git, a jak fika - to jest be. Cerkiew zrozumiała lekcje daną im przez komunę i dziś z władzami Rosji ściśle współpracuje. Cerkiew zapewnia fasadę "tradycyjnych wartości", a władza robi z tym co jej się żywnie podoba. Znamy to z PRL, żadnego komunizmu nie było. Była gospodarka państwowa i własność rzekomo państwowa, ale de facto własność partyjna. Ludzie z partyjnej nomenklatury, zajmujący ważne stanowiska kierownicze, tak w administracji, jak i w przemyśle czy komunikacji, tylko oni doświadczali prawdziwej komuny, czyli mitycznego raju bez pieniędzy w którym każdy człowiek dostaje wszystko według potrzeb, a pracuje na miarę swoich możliwości. Dla mas nic takiego nigdy nie działało, ale dla nielicznych towarzyszy osadzonych na stanowiskach administracyjnych czy dyrektorskich - oni mieli domy, a niekiedy wille służbowe, samochody służbowe z kierowcą, sklepy "za żółtymi firankami" gdzie można było kupić wszystko za grosiki, i dostawy czego sobie zażyczyli. Nie potrzebowali zarabiać milionów, by mieć do dyspozycji mienie, towary i usługi za miliony, oczywiście im wyżej w hierarchii, tym więcej. Zwykły szary człowiek miał przejebane. Guzik miał, choć ciężko pracował. Niewiele mógł kupić, bo niewiele było. Produkowane towary były gówniane i byle jakie, a i tak ciężko je było kupić. Żadnej wolności słowa nie było, a telewizja i radio były wyłącznie państwowe, z państwową indoktrynacją, bez dostępu do rzetelnych, prawdziwych informacji. W latach 1944-1956 skala prześladowań była znaczna, wydawano wyroki śmierci na przeciwników politycznych. W latach 1945–1956 (w okresie tzw. terroru stalinowskiego) we wszystkich typach sądów w Polsce orzeczono około 8 tysięcy wyroków śmierci, a wykonano ok. 3,5 tysiąca do 4 tysięcy egzekucji. Dokładnych danych nigdy nie poznano, ale tak szacuje IPN. W latach 1956–1989 (czyli od okresu odwilży październikowej aż do upadku systemu komunistycznego) w Polsce wykonano łącznie 321 wyroków śmierci. To i tak nie jest dużo, zresztą w przeciwieństwie do okresu stalinowskiego (1945–1956), w którym większość wyroków miała podłoże polityczne, po 1956 r. karę śmierci orzekano i wykonywano głównie za najcięższe przestępstwa kryminalne. Co nie zmienia faktu, że tzw. komuna i zależność od Moskwy była wyjątkowo gówniana. Dziś Rosja jest o wiele gorsza. Weźmy wasala Rosji, Białoruś. Na Białorusi oficjalnie przebywa obecnie około 870–900 więźniów politycznych, a cała populacja tego państwa wynosi w granicach 9,4 miliona mieszkańców. Białoruska opozycja demokratyczna (m.in. Rada Koordynacyjna) podkreśla, że realna liczba osób przetrzymywanych w koloniach karnych z pobudek politycznych może przekraczać nawet 5000. W 1970 r. w Polsce było kilkudziesięciu do nieco ponad stu więźniów politycznych, na 32,5 miliona mieszkańców. W 1975 r. od kilkunastu do około trzydziestu więźniów politycznych (głównie osoby oskarżone o nielegalne próby opuszczenia kraju, pojedyncze przypadki szpiegostwa lub kolportaż antypaństwowych ulotek) na 33,9 miliona mieszkańców. Szczyt przypadł na stan wojenny, kiedy to internowano na kilka-kilkanaście miesięcy 5128 (w szczytowym momencie, łącznie nieco ponad 9000), a skazanych na więzienie do odsiadki lub oczekujących na proces w aresztach w grudniu 1982 r. było niemal równo 1500 osób, na 36 milionów mieszkańców. Jeśli dziś mielibyśmy stać się państwem sprzymierzonym z Moskwą na wzór Białorusi, to proporcjonalnie mielibyśmy jakieś 3400-3500 więźniów politycznych, czyli ponad dwa razy więcej niż skazanych lub aresztowanych w Stanie Wojennym w jego najgorszym momencie (nie licząc internowanych). A przypomnijmy, że więźniów politycznych na Białorusi, jeszcze rok temu, było dwa razy więcej. Oczywiście skala prześladowań przeciwników politycznych jest dużo szersza, bo są to wyrzucenia z pracy, zakazy wyjazdów, a także zwykły wpierdziel czy wieczne zatrzymania na cztery-osiem bez podawania powodów. Są to też różne szykany wobec rodziny i bliskich. Narzekamy na wiele rzeczy, ale takiej wolności jaką mamy, to byśmy dopiero docenili! Kiedy w Rosji protestujący przeciwko wojnie w Ukrainie nie mogli napisać na transparentach dosłownie nic, co nie zostałoby uznane za "wywrotowe" ("ekstremizm" jest w Rosji karany), ludzie zaczęli wychodzić trzymając w ręku puste kartony, a wszyscy wiedzieli, o co chodzi. No i za te puste kartony też byli aresztowani, choć przeważnie kończyło się na zdrowym wpierdzielu na komendzie (jak kobieta to z gwałtem w bonusie). W Rosji nie działa Facebook, "X", "Whastup", "Signal", a "Tiktok" jest mocno spowolniony, w obawie przed rosyjską ustawą o tzw. „fejkach” na temat armii, TikTok wyłączył w Rosji możliwość wrzucania nowych filmów i oglądania treści z zagranicy. VPN nie jest teoretycznie zakazany, ale jeśli udowodnią, że używając VPN poszukiwałeś "treści ekstremistycznych", to i tak ciupa, tj. kolonia karna, gdzie "rabota diełajet swobodnym". Pozostałe media społecznościowe takie jak VKontakte czy Telegram są ściśle kontrolowane przez rosyjskie służby. Nie podoba się to w ryja przy przesłuchaniu na komendzie. Oczywiście schemat władzy z szalejącą korupcją, wszechwładzą oligarchów, kryszami (ochroną dla swoich, nawet jak grubo nawywijają). Jak działa "krysza"? A tak: 18 września 2024 r. oligarcha Władisław Bakalczuk, sprzeciwiając się fuzji firmy Wildberries (jego żony) z inną spółką, przybył do moskiewskiej siedziby firmy w towarzystwie uzbrojonych mężczyzn (w tym powiązanych z czeczeńskimi bojownikami i Ramzanem Kadyrowem), w awanturze i strzelaninie zginęło dwóch zastrzelonych ochroniarzy. Komuś postawiono za to zarzuty? A jak myślicie? Tak, macie rację. Nikomu. Tag działa "krysza". To mafia, nie państwo. Inny przykład: rosyjski kodeks karny przewiduje za służbę najemniczą kary wieloletniego więzienia, konstytucja rezerwuje użycie przemocy z bronią w ręku tylko przez służby państwa dla obrony kraju lub egzekwowania prawa, a tymczasem MO Rosji podpisuje oficjalne kontrakty CzWK "Wagner" czyli z płatnymi, uzbrojonymi cynglami oligarchy Jewgenija Prigożyna. Tak, kontrakty z najemnikami w imieniu państwa, co jest ścigane przez rosyjski kodeks karny. Dalej mówicie, że Rosja to normalna państwo? A PRL był? Bo był zbudowany na wzór i podobieństwo Moskwy, ale tej ciut bardziej cywilizowanej, za Breżniewa nie Putina. Na filmiku - typowa scenka. Dyskoteka w Doniecku, czyli separatystycznej, prorosyjskiej części Ukrainy. Podobno wczoraj. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
20
67
4
372
18,024
Radar pozahoryzontalny 5N32 "Duga" Zawsze mnie fascynowały takie instalacje. A w ZSRR było takich radarów kilka. W tym dwa dokładnie tego typu 5N32 "Duga" i jeden w wersji doświadczalnej, do testów. Popatrzcie na zdjęcia, są niesamowite, prawda? Radary pozahoryzontalne (ang. Over-the-Horizon, w skrócie OTH) służą do wykrywania celów powietrznych i morskich na ekstremalnie dużych dystansach, pomimo krzywizny ziemi. Bo ziemia, to jednak okrągła jest. Fale radiowe wysokich częstotliwości stosowane w zwykłych radarach obserwacji powietrznej rozchodzą się w linii prostej, więc ich zasięg zależy od wysokości lotu celu. Im niżej leci cel, tym większa jest strefa zakrycia wynikająca z okrągłości ziemi właśnie (ta "okrągłość" to moje określenie, proszę to nie brać za "tradycyjną chlebowość" pochodzącą od AI). Dlaczego w zwykłych radarach stosuje się wysokie częstotliwości? Dla uzyskania wysokiej dokładności określenia położenia celu. Natomiast głównym, ale niesamowicie ważnym zadaniem radarów pozahoryzontalnych jest wykrywanie startu strategicznych, międzykontynentalnych pocisków balistycznych (ICBM). Nie jest więc wymagana wielka dokładność, bo czy start stwierdzono w tym miejscu, czy 10-20 km dalej, to nie ma znaczenia. Jak w Montanie, to lecą w stronę wiadomo jaką (nie do Meksyku). Oczywiście są też radary pozahoryzontalne wykorzystywane do innych celów. Chińska rodzina radarów „Foghorn” działających na zasadzie fal powierzchniowych rozmieszczona wzdłuż wybrzeża Morza Południowochińskiego i Wschodniochińskiego. Służą one do wczesnego wykrywania zbliżających się obcych zespołów floty wojennej oraz nisko lecących pocisków przeciwokrętowych. Albo opracowany przez Raytheon Canada radar nadbrzeżny SWR-503 HFSWR . Wykorzystywany przez Kanadę do ciągłego monitorowania 200-milowej Wyłącznej Strefy Ekonomicznej, wykrywania nielegalnego rybołówstwa, przemytu oraz śledzenia ruchu lodowców. Zasada działania radaru pozahoryzontalnego (OTH) opiera się na emitowaniu fal radiowych z zakresu fal krótkich (pasmo HF, częstotliwości od 3 do 30 MHz). Fale te, w przeciwieństwie do powszechnie stosowanych w klasycznych radarach fal ultrakrótkich i mikrofal, nie rozchodzą się wyłącznie w linii prostej i potrafią pokonać krzywiznę Ziemi. W zależności od konstrukcji, systemy OTH wykorzystują jedno z dwóch zjawisk fizycznych. Po pierwsze, jest to odbicie od jonosfery (radary jonosferyczne, OTH-B). 1. Skupione cząstki naładowane elektrycznie w jonosferze działają jak naturalne zwierciadło elektromagnetyczne. Fale radiowe odbijają się od nich i wracają na powierzchnię Ziemi daleko za linią horyzontu geograficznego. Część rozproszonego sygnału obitego wraca tą samą drogą, odbija się ponownie od jonosfery i trafia do naziemnych anten odbiorczych radaru pozahoryztalnego. Drugie zjawisko to tzw. fala powierzchniowa (radary fal powierzchniowych, OTH-SW). Wykorzystuje on zjawisko dyfrakcji, czyli uginania się fal radiowych niskich częstotliwości wzdłuż przewodzącego podłoża, jakim jest słona woda, jeśli istnieje możliwość obserwacji nad oceanem. Do monitorowania startów ICBM dziś działa w Rosji system radarów 29B6 „Kontajnier” typu OTH-B, w Kowyłkino (Republika Mordowii), Gwardiejsk (Obwód Królewiecki) i Zeja (Obwód Amurski). Amerykanie całkowicie zrezygnowały z radarów pozahoryzontalnych do wykrywania startów ICBM, przechodząc na systemy satelitarne. A także na klasycznie, niepozahoryzontalne radary wielkiego zasięgu na wysuniętych pozycjach, takich jak AN/FPS-132 UEWR w Pituffik (dawniej Thule), Grenlandia, RAF Fylingdales, Wielka Brytania i Clear Space Force Station, Alaska oraz AN/TPY-2, Shariki oraz Kyogamisaki, Japonia (dwa) i Seongju, Korea Południowa, Har Keren, Izrael (Pustynia Negew) i Küre, Turcja. Dodatkowo są AN/FPS-108 Cobra Dane , Shemya, Aleuty, GBR-P, Kwajalein Atoll, Wyspy Marshalla. No i SBX-1 na platformie pływającej na Pacyfiku. Francja buduje doświadczalny radar pozahoryzontalny obserwacji dookrężnej. O nim innym razem. W latach Zimnej Wojny były ich więcej. Historycznie USA posiadały AN/FPS-118 OTH-B w Moscow (Maine), tak nomen-omen Moscow! - nadajnik oraz Columbia Falls (Maine) - odbiornik, a także Christmas Valley (Oregon) - nadajnik oraz Tulelake (Kalifornia) - odbiornik. Kolejnym był OTH-B AN/FPS-95 „Cobra Shoe” w Plum Brook Station koło Sandusky (Ohio) z anteną skierowaną na ZSRR. O ZSRR zaś napiszę. Ten radar 5N32 "Duga" zaczęto projektować na podstawie decyzji z 15 listopada 1962 r., tuż po Kubańskim Kryzysie Rakietowym, ale to był też rok wejścia do uzbrojenia amerykańskich ICBM SM-68 Titan, a pierwsze SM-65 Atlas już w 1959 r. Projektowaniem radaru 5N32 "Duga" obarczono NII-37 (Instytut Naukowo-Badawczy nr 37), obecnie Naukowo-Badawczy Instytut Dalekiej Łączności Radiowej (NIIDAR) z Moskwy. Na czele zespołu projektowego stanął Franc A. Kuzminski, wychowanek samego Aleksandra Raspletina (KB-1, późniejszy Ałmaz), a w skład zespołu weszli Jefim S. Sztyren, Efir I. Szustow, Wasilij A. Szamszin (późniejszy minister łączności ZSRR), Władimir P. Wasiukow, i inni. Stacja została zbudowana w formie ogromnych matryc z fazowaną siecią antenową podzielony pracujący na zakresie 5—28 MHz (pasmo fal krótkich) o ogromnej mocy 40 MW w impulsie. Ze względu na wymóg szerokopasmowości system został rozdzielony na dwie niezależne sekcje antenowe (nisko- oraz wysokoczęstotliwościową), które obsługiwały pełen zakres operacyjny pasma fal krótkich w granicach 5—28 MHz. W systemach typu OTH-B (bistatycznych) nadajnik i odbiornik nie mogą znajdować się w tym samym miejscu. Gdyby potężny sygnał nadawczy o mocy 40 MW był emitowany tuż obok czułych urządzeń odbiorczych, doszłoby do natychmiastowego spalenia aparatury lub całkowitego zakłócenia powracającego echa. Pokazana na zdjęciach stacja to część odbiorcza w Czarnobyl-2, za wyjątkiem ostatniego zdjęcia. Pozycja Nadawcza Lubecz znajdowała się około 60 km na północny wschód od Czarnobyla-2 (pozycja odbiorcza), w obwodzie czernihowskim. Miała antenę w postaci masztów o wysokości 85 metrów rozstawione na szerokości 210 metrów, które służyły wyłącznie do emitowania (nadawania) sygnału - pokazana na ostatnim zdjęciu. Pozycja Odbiorcza Czarnobyl-2 miała dwie wielkie, siatkowe matryce antenowe, które do dziś można oglądać w strefie wykluczenia. Były to anteny wyłącznie odbiorcze. Tu były dwie anteny, większa o wysokości do 135–150 metrów i długości ok. 300–450 metrów (niskie częstotliwości) oraz mniejsza o wysokości ok. 100 metrów i długości 230–250 metrów (wysokie częstotliwości) - trzy pierwsze zdjęcia. Najpierw zbudowano pozycję doświadczalną pod Mikołajowem na Ukrainie. Po udanych testach zbudowano olbrzymią pozycję radaru, opisaną wyżej. Kompleks radarowy Duga (zarówno pozycja odbiorcza Czarnobyl-2, jak i nadawcza w Lubeczu) operował w latach 1976–1986, od lipca 1976 r. do 26 kwietnia 1986 r., kiedy stacja znalazła się w strefie wykluczenia po awarii elektrowni atomowej w nieodległej miejscowości Pripiat. Początkowo obiekt Czarnobyl-2 utrzymywano w stanie konserwacji technicznej, licząc na spadek poziomu radiacji i powrót załogi. Gdy stało się jasne, że promieniowanie w oparach i lasach wokół anten nadal uniemożliwia stałą pracę personelu, w sierpniu 1988 r. zapadła decyzja o ostatecznym zamknięciu i rozformowaniu jednostki wojskowej. Drugi bojowy kompleks sieci pozahoryzontalnej, wschodni węzeł systemu 5N32 „Duga”, nosił kryptonim „Obiekt 1937”. Został wybudowany w Kraju Chabarowskim, w bezpośrednim sąsiedztwie Komsomolska nad Amurem, w celu monitorowania Oceanu Spokojnego i wykrywania startów rakiet balistycznych z terytorium USA oraz amerykańskich okrętów podwodnych. Pozycja Nadawcza (ZATO Lian-2) ulokowano 60 km od odbiornika w tajnym, zamkniętym miasteczku wojskowym Lian-2 (pobliskie jezioro Lian). Centrum odbiorcze z głównym węzłem komputerowym wzniesiono w pobliżu wsi Bolszaja Kartel, kilkanaście kilometrów od Komsomolska nad Amurem. Po długich testach (od 1981 r.) i głębokich modyfikacjach aparatury filtrującej, wschodni kompleks oficjalnie przyjął pełne dyżury bojowe w ramach Systemu Ostrzegania Przed Atakiem Rakietowym (SPRN) ZSRR 30 czerwca 1982 r. 14 listopada 1989 r. na stacji wybuchł rozległy pożar, który nieodwracalnie strawił kluczowe komponenty centrum odbiorczego i komputerowego. Ze względu na nową politykę odprężenia w relacjach międzynarodowych (Michaił Gorbaczow) oraz ogromne koszty, podjęto decyzję o rezygnacji z odbudowy i definitywnym zdjęciu stacji z dyżuru bojowego. Najśmieszniejsze jest to, że krótkofalowcy, a głównie w USA, szybko nazwali stację "rosyjski dzięcioł", bowiem na zwykłym radiu krótkofalowym słyszano proste, rytmiczne stukanie o częstotliwości 10 Hz. Było to bardzo denerwujące, ale wzbudziło wielkie zaciekawienie, bo nikt nie wiedział, skąd naprawdę te dźwięki pochodzą. Powstawały najróżniejsze teorie na ten temat. Ten efekt stukania wynikał ze specyficznej metody modulacji sygnału radiowego radaru, polegającej na liniowej zmianie częstotliwości wewnątrz każdego wysyłanego impulsu (tzw. modulacja LFM – Linear Frequency Modulation). Zanim oficjalnie potwierdzono, czym jest ten sygnał, brak oficjalnych komunikatów ze strony ZSRR zrodził lawinę teorii spiskowych, zwłaszcza w amerykańskich mediach. Ponieważ częstotliwość stukania (10 Hz) idealnie wpisuje się w zakres ludzkich fal mózgowych alfa (odpowiedzialnych za stan relaksu i podatności na sugestię), w USA pojawiły się teorie, że Kreml próbuje masowo wpływać na psychikę zachodnich społeczeństw. Inna niezła teoria, to, że ZSRR testuje systemy modyfikacji pogody oparte na teoriach Nikoli Tesli. Stukanie miało rzekomo jonizować atmosferę i sterować prądami strumieniowymi, by wywołać susze lub gigantyczne huragany nad Ameryką. W końcu sami radioamatorzy namierzyli sygnał metodą triangulacji z różnych miejsc i wyszło, że to gdzieś na północ od Kijowa. Ale pełne wyjaśnienie pojawiło się dopiero po zakończeniu Zimnej Wojny.... Na zdjęciach - radar Czarnobyl-2, trzy zdjęcia anten odbiorczych, a na czwartym resztki anten nadawczych w Obwodzie Czernihowskim, ostatecznie rozebrane. Te w czarnobylskiej strefie wykluczenia stoją dalej podobno. Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
19
33
1
370
20,841
Taka ciekawostka rosyjskiej filozofii wojny Jest mało prawdopodobne, by Sojusz dał się zaskoczyć. NATO ma tak wspaniałe rozpoznanie, satelitarne, radiowe, wywiadowcze, że każda koncentracja rosyjskich wojsk na granicy zostanie natychmiast wykryta. Będziemy wiedzieć gdzie i jakie są jednostki rozmieszczone, jakie mają uzbrojenie, ilu żołnierzy, no w ogóle wszystko co chcemy. Zwłaszcza, że Rosjanie wcale tego nie maskują. Oczywiście, ale co z tego? Co mamy z tą informacją zrobić? No jak to co, trzeba natychmiast rozmieścić wojska na pozycjach obronnych, rozpocząć budowę fortyfikacji z przygotowanych materiałów przez odpowiednio wyszkolone jednostki inżynieryjne, itd. Zintensyfikować rozpoznanie. Tymczasem Rosjanie zwożą na granicę coraz więcej sił, ale nic się nie dzieje, poza różnymi prowokacjami, dywersją, cyberatakami, zakłócaniem GPS, itd. Ale to się już działo wcześniej, już w czasie tzw. pokoju. Po czym nagle się wycofują, napięcie słabnie. Wszyscy się rozchodzą. Właśnie tak było jesienią 2018 r. Doszło do tego, że w związku z tym w listopadzie prezydent Petr Poroszenko wprowadził w Ukrainie 30-dniowy stan wojenny w obwodach graniczących z Rosją i Naddniestrzem. Ukraińskie władze publicznie ostrzegały wtedy przed ryzykiem rychłej inwazji lądowej ze strony Kremla. Ale nic się nie stało. Dlaczego Rosja nie miałaby tego powtórzyć tak ze dwa razy? Załóżmy, że jest ta trzecia koncentracja, już ta właściwa. I co, znów wyrzucamy wojska w pole? Ściągamy sojuszników? A jak długo mogą te wojska przebywać na pozycjach? Miesiąc? Dwa? A może dziesięć? Przecież Rosjanie gromadzili siły do inwazji na Ukrainę od wiosny 2021 r. Naprawdę już nikt nie wierzył w inwazję. Czy tak samo będzie w naszym przypadku? Czy sojusznicze wojska po pół roku nie zaczną wracać do siebie? A wtedy Rosjanie zaatakują, jak 24 lutego 2022 r. I czy to naprawdę nas nie zaskoczy? Od razu sobie powiedzmy, że zbrojny atak na nas jest ODLEGŁY. Ludzie nie potrafią zinterpretować ostrzeżeń które są im przekazywane, a komunikacja rządowa leży i kwiczy. Tymczasem wcale nie chodzi o jakąkolwiek napaść na nas jeszcze przed końcem roku. Chodzi o MOŻLIWOŚĆ skokowego wzrostu oddziaływania hybrydowego, masowy atak informacyjny, ale też o wywoływanie zamieszek, niepokojów społecznych, ataków hybrydowych, nasilenia się dywersji, cyberataków, itp. To wszystko może wprowadzić w państwie spore zamieszanie, ale na pewno nie będzie to zbrojne wtargnięcie do nas. Najpierw musi upaść Ukraina (a jest niestety w desperackim już położeniu, stąd próby odwoływania się do radykalnych tradycji niestety jako ostatniej deski ratunku wobec słabnącej niestety woli walki, wyczerpanie daje znać o sobie), a następne w kolejce będą Państwa Bałtyckie, ale też nie od razu. Najpierw Rosja zrobi tam sieczkę działaniami informacyjnymi i hybrydowymi, doprowadzi do ciężkiego zamieszania, ideałem byłoby wyprowadzenie ze struktur Zachodu przed atakiem, by nie było formalnych podstaw do pomocy. Wtedy nawet jak zagrożony Zachód na pomoc się zdecyduje, może być za późno. Dlatego jedyne, czego można się spodziewać, to rozchwiania sytuacji w Polsce, a nie żadnej wojny w tradycyjnym rozumieniu. Ale możliwa jest fala intensywniejszych aktów dywersji, przemocy, różnych tajemniczych awarii, itp. Na zdjęciu z 2010 r. (sprzed ery dronów) grupa rozpoznawcza WP. Jeśli nie damy się omotać rosyjskiej wojnie informacyjnej, to staniemy do walki w obronie kraju. Wbrew tym, którzy za rubelki nawołują, że nie ma czego bronić. Fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
26
69
5
562
50,280
Co robi ukraińskie lotnictwo? Ukraińcy nie narażają samolotów pilotowanych na zestrzelenie nad wrogim terytorium, jak wiele podobnych uderzeń mogą wykonać drony czy pociski manewrujące Samoloty pilotowane najczęściej są używane w obronie powietrznej, a także do zrzucania bomb szybujących znad własnego terytorium, by atakować nimi cele na linii frontu lub na bliskim zapleczu. Trzecim zadaniem jest odpalanie pocisków manewrujących Storm Shadow i SCALP-EG, co jest realizowane obecnie z dwóch typów samolotów używanych w Ukrainie. Ataki Storm Shadowami Pociski manewrujące Storm Shadow (wersja brytyjska) i niemal identyczne SCALP-EG (wersja francuska) są produkowane przez renomowany europejski koncern zbrojeniowy MBDA, brytyjsko-francusko-włoski. Jest to pocisk ważący ok. 1300 kg, napędzany małym silnikiem odrzutowym, który ma rozkładane skrzydła i potrafi dostarczyć silny ładunek bojowy na odległość do 550 km. Pocisk leci z prędkością ponad 900 km/ha na wysokości 30-100 m nad ziemią, po zaprogramowanej, łamanej trasie. To właśnie takimi pociskami zniszczono swego czasu okręt podwodny Rostow-na-Donu w suchym doku portu w Sewastopolu. Pociskami Storm Shadow lub SCALP-EG Ukraincy zniszczyli wiele ważnych celów na terytoriach okupowanych (głównie na Krymie), ale także w samej Rosji. Ponieważ jednak waży on prawie półtorej tony, to nie każdy samolot może je przenosić. F-16 czy MiG-29, a nawet Su-27 nie mają zaczepów o odpowiednim udźwigu, dlatego nawet nie próbowano ich do nich dostosować. Ale nieocenione okazały się tu samoloty Su-24M. Ukraińcy używają tych samolotów od początku wojny, czasem do bombardowania bombami szybującymi, ale do tego nie nadają się one najlepiej, bo są mniej zwrotne i dość ciężkie, nie mogą więc ostro manewrować blisko ziemi. Są one jednak używane do prowadzenia rozpoznania radioelektronicznego oraz do przenoszenia wspomnianych pocisków szybujących. Samoloty te latają już trochę na słowo honoru. Żeby utrzymać około 13 w stanie lotnym, podczas gdy co najmniej 20 Su-24 już utracono w toku wojny, Ukraińcy kanibalizują wszelkie posiadane nielatające już egzemplarze. Wymontowują z nich co tylko można, starając się trzymać te latające w jako-takiej sprawności. Jednym z największych problemów są silniki, najstarsze z tych używanych na ukraińskich samolotach, które mają przekroczone resursy do remontu. W Ukrainie pojawiają się też nieliczne już latające samoloty szturmowe Su-25, używane dziś wyłącznie do zrzucania bomb szybujących kierowanych GPS, najczęściej francuskie AASM Hammer o masie po 250 kg. Tutaj sytuacja jest podobna, w służbie pozostaje około 16 Su-25, podczas gdy co najmniej 22 już utracono w toku wojny. Spośród przedwojennych ukraińskich samolotów latają jeszcze większe myśliwce Su-27 i mniejsze MiG-29. Su-27 było ponad 50 w chwili rozpoczęcia wojny, dziś zostało ich ciut powyżej 20. Głównie służą one do bombardowania cięższymi bombami kierowanymi GPS, oczywiście też szybującymi. Samoloty podlatują do rejonu celu nad własnym terytorium, lecą na wysokości 20-30 m, po czym na ok. 15-20 km przed przednim skrajem własnych wojsk wznoszą się pod stromym kątem, w tym wznoszeniu zrzucają bomby „podrzucając” je wysoko do góry, szybko zawracając ze zniżaniem ponownie na małą wysokość. Zrzucone tak bomby po rozłożeniu skrzydełek na maksymalnej osiągniętej wysokości, potrafią dolecieć nawet na 30 km, precyzyjnie trafiając w wyznaczone cele dzięki kierowaniu przez nawigację satelitarną GPS. Wcześniej Su-27 używano też do odpalania przeciwradarowych pocisków AGM-88 Harm, ale zadania tego typu okazały się być bardzo niebezpieczne, więc je zarzucono. Dziś rosyjskie systemy przeciwlotnicze są powszechnie niszczone przez tzw. amunicję krążącą, czyli specjalne drony uderzeniowe średniego zasięgu sterowane przez operatorów. Mimo unicestwienia olbrzymiej ilości radarów obserwacyjnych oraz kierowania ogniem, a także wyrzutni rakiet przeciwlotniczych, Rosjanie wciąż dysponują olbrzymią ilością systemów przeciwlotniczych, utrzymując „strefę śmierci” nad całą strefą przyfrontową. Nie są w stanie niszczyć wszystkich przelatujących dronów dalekiego zasięgu (choć wiele pada ich ofiarą), ale samolotom pilotowanym zadawałyby zbyt dotkliwe straty. Najwięcej Ukraińcy używają MiG-29, mając ich w służbie około 45, mimo potwierdzonej straty 39 z nich. Było to możliwe dzięki otrzymaniu co najmniej 23 samolotów MiG-29 z Polski i ze Słowacji, dzięki czemu Ukraina wciąż jest w stanie utrzymać znaczącą flotę tych maszyn. Chociaż okresowo również zrzucają one bomby kierowane GPS znad własnego terytorium (z podrzutu), to jednak przede wszystkim są one stosowane do zadań obrony powietrznej. Obrona powietrzna System obrony powietrznej Ukrainy, poza obserwacją radarową, składa się z lotnictwa myśliwskiego, jednostek przeciwlotniczych i jednostek przeciwdronowych. Lotnictwo myśliwskie przede wszystkim zwalcza szybsze pociski manewrujące, używając do tego głównie rakiet kierowanych „powietrze-powietrze”, kiedy się da to tańszych, na podczerwień, rzadziej tych kierowanych radarem o większym zasięgu. Te ostatnie są głównie zarezerwowane do walki z rosyjskimi samolotami uderzeniowymi, jeśli te podejdą do linii frontu zbyt blisko. Rzadko to się zdarza, ale ukraińscy piloci mają na koncie pewne zwycięstwa powietrzne nad rosyjskimi samolotami pilotowanymi. Większość z tych zestrzelonych padło jednak ofiarą rakiet przeciwlotniczych. Najwięcej natomiast zestrzeliwują one pocisków manewrujących, tych odpalanych z bombowców strategicznych czy z okrętów. Oczywiście myśliwce w miarę możliwości niszczą też tańsze drony, ale piloci starają się używać do tego działek pokładowych, choć używa się też tanich rakiet kierowanych półaktywnie laserowo typu APKWS, stosowanych głównie na myśliwcach F-16. Właśnie te działania są główną domeną MiG-29, a częściowo też Su-27, a także są one głównym zadaniem myśliwców F-16 i Mirage 2000. Obu zachodnich typów Ukraina używa po kilka sztuk, bo właściwie nigdy nie było ich jednocześnie więcej niż kilkanaście. F-16 otrzymano już blisko 40, a co najmniej pięć stracono w działaniach wojennych. Obecnie jednak lata tylko kilkanaście, bowiem ponad połowa ukraińskich F-16 jest uziemiona. O ile do obsługi technicznej MiG-29 czy Su-27 Ukraińcy mieli znaczące zaplecze, spory zapas części zamiennych i wycofanych egzemplarzy z których można wymontować części na wymianę, sporo tych części wytwarzano też u siebie, to w przypadku F-16 czy Mirage 2000 wszystko muszą sprowadzać z państw zachodnich, w miarę dostępności. Na samoloty postsowieckie Ukraińcy mieli olbrzymie rzesze techników lotniczych oraz pracowników polowych warsztatów technicznych, zakładów remontowych i lotniczych, a na F-16 i Mirage 2000 zna się nieliczna grupa wyszkolonego na zachodzie personelu technicznego. Oczywiście ukraińskie F-16 przechodzą poważniejsze prace techniczne w zakładach Sabena Engineering w Belgii, przy czym z tym też są problemy. Przeciętna obsługa F16 niby trwa 6 tygodni, ale obsługa ukraińskich egzemplarzy może się wydłużyć, nawet powyżej pół roku. Nic dziwnego, to są stare egzemplarze, do których nie ma już części. Powoduje to, że zachodnie samoloty mają o wiele niższy poziom sprawności technicznej w ukraińskich rękach, ze względu na wspomniane trudności. Mimo wszystko oddają one nieocenione usługi, mając większe możliwości w zakresie niszczenia celów powietrznych. Do atakowania celów naziemnych są używane sporadycznie, bo zintegrowaniu z zachodnim uzbrojeniem, robią to z powodzeniem samoloty postsowieckie. Nie mając odpowiedniego zaplecza technicznego oraz wsparcia w postaci samolotów dozoru radarowego (AWACS), rozpoznania radioelektronicznego, systemów wymiany informacji, Ukraina nie jest w stanie wykorzystać pełni możliwości oferowanych przez zachodnie myśliwce. Mimo to oddają one nieocenione usługi, głównie niszcząc cele powietrzne, ale w ogólnym rozrachunku, nie mają zbyt wielkiego wpływu na złamanie możliwości Rosji. Za to swoją obroną przed środkami napadu powietrznego wzbraniają też osiągnięcie rosyjskich celów, wciąż uniemożliwiając złamanie ukraińskiego morale, wywołując wielkie koszty wojny dla samej Rosji. Na zdjęciu - ukraiński Su-27UB Fot. Michał Fiszer Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
7
50
1
407
19,678
Kontrowersje wokół drona na Litwie (i w Polsce) 19 października (poniedziałek): Premier Litwy Mindaugas Sinkevičius wprost stwierdził: „Nie ma wątpliwości, że dron wleciał (...) z kierunku Polski”. Do samego zdarzenia doszło w niedzielę rano, 18 października 2026 roku. Litewskie systemy radiolokacyjne wykryły obiekt poruszający się nad Polską (ok. 30–40 km od granicy) o godzinie 4:47 czasu polskiego, a granicę z Litwą przekroczył on o 6:02 czasu litewskiego (5:02 w Polsce). Dron ostatecznie spadł i eksplodował w rejonie poswolskim na północy Litwy, uszkadzając samochód cywilny. W odpowiedzi na to zagrożenie poderwano wówczas myśliwce NATO z misji Baltic Air Policing. Jak oficjalnie potwierdziły obie strony, był to uzbrojony dron ukraiński. Strona ukraińska oficjalnie przeprosiła Litwę za ten incydent. Wyjaśniono, że maszyna brała udział w operacji wymierzonej w cele wojskowe na terytorium Rosji (w rejonie Petersburga), jednak w wyniku działań rosyjskiej walki elektronicznej (WRE) zboczyła z kursu i uległa awarii. Po śledztwie Polska oficjalnie potwierdziła, że dron przeleciał z Ukrainy przez Polskę. Na pewno był to dron, który był słyszany w rejonie Włodawy. Czy obiekt, który był słyszany w rejonie Lublina to był ten sam, tego do końca nie wiadomo, ale dziwne jest jednak to, że obecności aparatu nie odnotowano pomiędzy Włodawą a Suwałkami, po prostu nie ma żadnej relacji z innych miejsc. Trasa przelotu drona nie jest dokładnie znana. Możliwe, że leciał naprzemiennie nad Polską i Białorusią. Mógł też bardzo nisko lecieć korytarzem między pasem radarów przy granicy, a pasem radarów bliżej Wisły, wykorzystując martwe strefy wykrycia. Ale od Włodawy do rejonu granicy pod Suwałkami jest jakieś 310 km, ktoś musiałby odnotować odgłosy nisko lecącego drona. Są sygnały od ludzi są tylko z rejonu samej Włodawy (Okuniew) oraz okolic Lublina (Zalew Zemborzycki i Lublin) i okolice Łęcznej (30 km od Lublina). Ale nie ma żadnych info od ludzi z okolic Radzynia Podlaskiego, Międzyrzeca - Łukowa/Siedlec, Łosic, Sokołowa Podlaski - Siemiatycz, Ciechanowca - Bielska Podlaskiego, Białegostoku, Zambrowa, Ełku, Augustowa czy Suwałk. Czy cały czas leciał przez Polskę, czy raczej wlatywał w międzyczasie nad Białoruś? W każdym razie Polska zareagowała prawidłowo, premier oświadczył „Polska nie zezwala na prowadzenie operacji na swoim terytorium czy nad nim bez wyraźnej zgody państwa polskiego. I to się nie zmieni, niezależnie od tego, kto te operacje miałby przeprowadzać”. To słuszne stanowisko i należy pod tym względem postawić sprawę jasno. Jeśli jednak zagrożona Ukraina jest już tak zdesperowana, że ryzykując ograniczenie pomocy doprowadza do starć z Polską, Rumunią, Państwa Bałtyckimi, to znaczy, że sytuacja Kijowa jest bardzo zła. A to dla nas nic dobrego. Bo jeśli Ukraina upadnie, to rosyjska machina imperialna potoczy się dalej. Czyli sytuację można uznać za CZĘŚCIOWO wyjaśnioną. To nie są już podejrzenia związane z trzema możliwościami, o których pisałem od początku, czyli dron rosyjski atakujący Ukrainę (widziany był tylko na południu Polski), dron ukraiński jaki się rozbił na Litwie czy inna opcja, na przykład niezdyscyplinowany pilot na ULM/motolotni lub działalność przemytników (co też brano pod uwagę). Mamy teraz oficjalne i jednoznaczne wyjaśnienie. Dlatego można śmiało je podawać jako wersję oficjalną. Dlaczego częściowo? Bo nadal czekamy na info, jaką trasą leciał ów dron. Czy przeleciał 350 km nad Polską, czy sporą część trasy odbył jednak nad Białorusią, wlatując do Polski tylko w kilku miejscach (Włodawa, okolice Suwałk)? A może też doleciał do Lublina i to był jednak on, a nie coś innego całkiem przypadkowo? Żadna z tych możliwości nadal nie jest wykluczona. Ciekawe, czy się dowiemy, bo sprawa jest intrygująca. Rosyjska obrona powietrzna jest coraz silniejsza i Ukraina ma coraz większe trudności z atakowaniem obiektów w Rosji. Ostatnie zmasowane naloty na rejon Moskwy niemal w całości zostały odparte, Rosja w rejonie Moskwy zestrzeliwuje obecnie do 95 % wszystkich atakujących dronów, trafiają pojedyncze, a szkody niestety, nie są wielkie. Ta sytuacja trwa od lata tego roku, bo w czerwcu w kompromitujący dla Rosji sposób, poważnie uszkodzono moskiewską rafinerię ropy naftowej na Kapotni. Podobnie silna jest obrona przeciwlotnicza w rejonie Petersburga. Dlatego od maja ukraińskie drony atakujące Petersburg puszczano przez Białoruś, a niekiedy przelatywały one nad Łotwą i Estonią by niekiedy wyjść na Petersburg od południowego zachodu lub nawet przez Zatokę Fińską. Oczywiście zgody na to nie było i oba państwa ostro zaprotestowały. Ukraina wykazuje objawy desperacji. Państwo to walczy o przetrwanie i naprawdę sytuacja staje się coraz cięższa. Rosjanie nie odpuszczają, nie mają zamiaru przestać, bo wiedzą, że Ukraina to tylko etap. Jej złamanie i włączenie do swojej strefy władzy otworzy drogę dla realizacji dalszych planów: podporządkowania sobie Państw Bałtyckich, a następnie Polskę i inne kraje europejskie. Rosja tego nie ukrywa. 5 czerwca 2026 r. w porcie w Konstancy doszło do potężnego wybuchu zaledwie ok. 500 m od terminalu naftowego. Niewiele brakowało, a doszłoby do katastrofy na dużą skalę. Ukraińskie władze bardzo szybko przyznały się, że to była ich bezzałogowa mała jednostka pływająca typu Sea Baby, która (według ich oficjalnej wersji) wyrwała się spod kontroli i zdryfowała do portu. W porcie doszło do eksplozji, ofiar w ludziach ani dużych szkód materialnych nie ma, Ukraina zaś przeprosiła i wspomniano coś o pokryciu kosztów. Bo koszty, choćby w postaci ewakuacji około 1000 osób z pobliskich plaż i użycia służb państwowych, były. Później się jednak okazało, że to nie wszystko. W Konstancy przebywał bowiem tankowiec tzw. rosyjskiej floty cieni, „Safeena Elona” pływający pod banderą Wysp Marshalla. Co robił w Konstancy można się tylko domyślać. Choć Rumunia posiada całkiem spore złoża ropy naftowej, to jednak krajowe wydobycie pokrywa zaledwie około 24–30% zapotrzebowania na surową ropę, resztę trzeba sprowadzać. A to dlatego, że złoża się po prostu wyczerpują, były eksploatowane od wielu lat. Sprowadzanie ropy naftowej z Rosji, przy bliskości terminala naftowego w Noworosyjsku, nie jest trudne ani nawet bardzo kosztowne. Po całym incydencie „Safeena Elona” wyszedł z Konstancy i skierował się prosto na wschód, przepływając na południe od okupowanego Krymu, by później skierować się do Noworosyjska. Na Morzu Śródziemnym statki rosyjskiej floty cieni nie są bezpieczne. Zaledwie poprzedniej nocy ukraińskie drony latające zaatakowały pięć rosyjskich statków na Morzu Azowskim i na południe od niego. Dwa statki zaatakowane na otwartych wodach miały poważne kłopoty. Mały drobnicowiec „Natra” płynący pod banderą Belize płynący z Bartin w Turcji został trafiony przez cztery drony, w tym jedno trafienie w mostek kapitański. Na jego pokładzie zginął kapitan i trzeci oficer, obaj Azerowie. Statek został unieruchomiony i musiał zostać odholowany do Noworosyjska. Jak się okazało, dron morski który wpłynął do portu w Konstancy (tak, wpłynął a nie zdryfował) był liderem grupy uderzeniowej, która zapolowała na statek „Safeena Elona”. Był wyposażony w terminal Starlink i układy łączności do sterowania trzema innymi łodziami bezzałogowymi Sea Baby, które czekały na wodach międzynarodowych. Wspomniany lider miał statek śledzić i za jego pośrednictwem miały zostać naprowadzone na cel pozostałe trzy łodzie uderzeniowe. Jednakże manewrując w porcie, operator popełnił błąd. Przypuszczalnie na skutek błędu GPS, co się czasem zdarza, wykonał zakręt około 20 m przed końcem falochronu i wszedł na zagrodę chroniącą przed ewentualnymi wyciekami ropy naftowej. Kiedy się okazało, że łodzi wypełnionej sporym ładunkiem wybuchowym nie da się wyplątać, Ukraińcy zdecydowali się powiadomić Rumunów. W reakcji oni ewakuowali zagrożonych z niebezpiecznej strefy, a kiedy wszystko zostało przygotowane, ukraiński operator dokonał kontrolowanego zdalnego samozniszczenia. Wraz z dronem w porcie, samozniszczeniu uległy także trzy pozostałe dyżurujące w morzu, a według niepotwierdzonych doniesień jeden z tych trzech w chwili detonacji znajdował się na wodach terytorialnych Rumunii, pozostałe dwa były na wodach międzynarodowych. Okazuje się, że to nie pierwszy taki dość kontrowersyjny przypadek. 11 maja 2026 r. w pobliżu Wyspy Lefkada na Morzu Jońskim, greccy rybacy znaleźli ukraiński dron morski, w wersji bojowej z głowicą bojową zawierającą ok. 100 kg materiału wybuchowego. Ukraińcy używają bazy Misrata w Libii do własnych działań na Morzu Śródziemnym. Są to tereny kontrolowane przez rebeliantów, z którymi walczą rosyjscy najemnicy wspierający rząd w Trypolisie. Po tym incydencie władze Grecji wystosowały oficjalny protest a grecki minister obrony Nikolaos Dendias publicznie stwierdził że mógł mieć on bardzo tragiczne skutki, gdyby dryfujący bez kontroli dron morski uderzył w statek wycieczkowy. Minister dodał „Ukraina jest nam winna wielkie przeprosiny”, na co Kijów zareagował wyraźnymi przeprosinami. Jak na razie, przez niemal pół roku, faktycznie podobnych incydentów w tym rejonie już nie odnotowano. Oczywiście najwięcej naruszeń terytorium Rumunii ma na koncie Rosja, według oficjalnych danych rumuńskiego MON, rosyjskie drony bojowe typu Shahed naruszyły przestrzeń powietrzną Rumunii już co najmniej 33 razy, to jednak i Ukraińcom się to zdarzało. W lipcu 2025 r. cztery ukraińskie myśliwce na krótki czas manewrując w celu zniszczenia rosyjskich środków napadu powietrznego wleciały nad teren Rumunii na niewielką odległość. Było to pierwsze naruszenie od 24 lutego 2022 r., kiedy to ukraiński Su-27 został zmuszony do lądowania w Rumunii. Jeśli chodzi o Łotwę i Estonię to też odnotowano kilka naruszeń przestrzeni powietrznej przez ukraińskie drony atakujące Ust Ługę i okolice Sankt Petersburga. Jeden dron został zestrzelony, a 7 maja 2026 r. kolejny dron ukraiński wleciał nad Łotwę i uderzył w pusty zbiornik na ropę naftową. Wydarzenie to wywołało wewnętrzny kryzys polityczny. Premier Evika Siliņa odwołała ministra obrony, co poskutkowało rozpadem i upadkiem łotewskiej koalicji rządzącej. W Rumunii reakcja władz była dość spokojna i oficjalnie przyjęto oficjalne wyjaśnienie strony ukraińskiej, które nie było do końca prawdziwe. Prezydent Rumunii Nicușor Dan natychmiast wydał oświadczenie, w którym zapewnił, że „sytuacja jest w pełni opanowana”. Podkreślił sprawność działania podległych mu służb wywiadowczych (SRI) oraz straży przybrzeżnej, które zdołały zabezpieczyć i odizolować teren przed wybuchem. Minister obrony Radu Miriuță potwierdził, że to właśnie dzięki natychmiastowemu sygnałowi z Kijowa o utracie kontroli nad dronami rumuńskie służby zdołały na czas ewakuować cywilów. Widać wyraźnie, że Rumunia nie chce zaogniać sytuacji, bowiem żadnemu państwu NATO nie zależy na upadku Ukrainy (czym zaowocowało by na przykład wstrzymanie pomocy wojskowej). Jednak w rumuńskiej infosferze wrze, ludzie domagają się nawet zerwania stosunków dyplomatycznych z Ukrainą. Niestety takie incydenty mogą zadziałać na korzyść Moskwy. Ukraina jest najwyraźniej zdesperowana, zwłaszcza że największy cios w plecy Ukrainie zdają się obecnie wbijać Amerykanie. Ale przy okazji obserwujemy bardzo ciekawą rzecz. Rosjanie zmieniają kierunek swoich narracji. Teraz pierwszy i najważniejszy przekaz to „państwo nie jest suwerenne”, a drugi „sojusznicy są niepewni i niewiarygodni”. Oba te przekazy zmierzają do izolowania państwa na arenie międzynarodowej, rozbijania jego instytucji państwowej i paraliżowania jego funkcjonowania. Skutkiem tego ma być również przerwanie pomocy wojskowej i finansowej dla Ukrainy, bowiem przekazywanie takiej pomocy to przecież „brak suwerenności” – władze państwa realizują interesy obcych państw (Ukrainy), a nie interesy własnych obywateli. Przekaz „Ukraińcy są twoim wrogiem” spadł teraz na dalszy plan. Po pierwsze trafił do zbyt małej (choć znaczącej trzeba przyznać) części społeczeństwa. A w tej do której trafił, wywołał zbyt intensywny efekt. Zaczęły się napady na obywateli Ukrainy, rękoczyny i stosunkowo słaba kontrolowana eskalacja, która łatwo mogła się całkowicie wymknąć spod kontroli. Kontroli ze strony rosyjskich dezinformatorów i manipulantów, bowiem taka eskalacja mogła się przerodzić w rozruchy, na które musiałyby ostro i kompleksowo zareagować służby państwa, opanowując sytuację i wypracowując mechanizmy przeciwdziałania. A to poważnie utrudniłoby rosyjską wojnę informacyjną w przyszłości. Ten przekaz jeszcze oczywiście wróci, ale w odpowiednim do tego momencie, kiedy to Polska będzie już na celowniku Rosji, bezpośrednio. Dlatego na razie ten kierunek uległ złagodzeniu. Mało tego, Rosja nie wskakuje już na oczywiste pojawiające się okazje takie jak możliwy rzeczywisty przelot ukraińskiego drona bojowego nad Polską, tego który rozbił się na Litwie. Jeszcze pół roku temu rozpętałaby się internetowa burza: Ukraina wykorzystuje państwa jej sprzyjające, bez ich zgody używa sobie ich przestrzeni powietrznej by atakować Rosję! A może za zgodą? Oczywiście takie wątki pojawiły się w sieci, ale jakby nieśmiało, nie ma zalewu, nie ma wielkiej dyskusji, nie ma tzw. gównoburzy. Nie ma jakiejś wielkiej fali dezinformacji ze strony Rosji. A rosyjska dezinformacja często wykorzystuje prawdziwe wydarzenia i incydenty by dokonać tzw. amplifikacji, czyli rozpowszechnienia danej informacji z odpowiednimi agresywnymi komentarzami, a także z dodatkowymi informacjami będącymi już fejkami. Ale fejki doklejone do prawdy sprzedają się o wiele lepiej, bo ciężko je obalić. Zamiast tego przekaz ruszył w zupełnie innym kierunku: nie wiadomo co to za dron, ale wojsko sobie nie radzi. Nie potrafi zapewnić bezpieczeństwa przestrzeni powietrznej, instytucje państwa nie działają! I tak dalej w tym kierunku. A jak zawsze podkreślam: INFORMACJE OFICJALNE. Jak widzicie, nawet jak prawda jest niewygodna, to jest ogłaszana. Pewnych rzeczy się przed obywatelami nie ukrywa. Twa bowiem zażarta wojna informacyjna. Na dezinformacje najlepszą bronią jest prawdziwa informacja. Cieszy, że polskie państwo (całe, ze strony rządowej i ze strony prezydenckiej) to rozumie. Zachowuje spokój, a wiarygodna informacja w końcu jest. Cieszę się więc, że i ja mogłem sprawę opisać w zgodzie z OFICJALNYMI ustaleniami. Na zdjęciu - dron rozbity na Litwie Moi drodzy, jeśli Wam się podoba, i jeśli mam swój czas poświęcać, jeśli chcecie coś poczytać, to poproszę o kawkę, to tylko 10 czy 20 zł. Pozdrawiam wszystkim i dziękuję mocno tym, co kawki kupują. buycoffee.to/dafiszer
9
16
2
170
11,066