Germanista niemieckiego pochodzenia. Polityka międzynarodowa i Niemcy. „Miej odwagę posługiwać się swym własnym rozumem.” Stronnictwo Pruskie.

Graudenz, Polen
Joined April 2015
1. SPIS TREŚCI #serpees_niemcy Już się parę nitek zebrało i jeden artykuł. Kolejny artykuł powstaje i kolejne nitki na bieżąco, więc postanowiłem zrobić spis treści, bo nawet wpisując hasztag z wyskakiwaniem wszystkich treści różnie bywa. Opis z numerami i linkami. ZAPRASZAM!
6
6
1
63
Piękny clickbait. I słówko jeszcze o Lewandowskim i Bayernie. Po pierwsze „przeprowadzono głosowanie” brzmi trochę tak, jakby udział w nim wzięli wszyscy zarejestrowani fani Bayernu. Tymczasem mamy do czynienia z... sondą internetową na stronie T-Mobile (czyli nawet nie Bayernu). Zwycięstwo Gerda Müllera nie może dziwić, bo dla Niemców (a to oni tam głosują) jest on absolutną legendą, między innymi ze względu na większą liczbę strzelonych dla reprezentacji Niemiec goli niż rozegranych występów. To wyczyn bardzo trudny do pobicia. Müller ceniony był też pod względem ludzkim. Niesamowite jest dla mnie to, że ktoś potrafi wyciągnąć z durnej sondy internetowej wnioski o niechęci czy kompleksach wobec Polski... Jedyny kompleks mają komentujący, którzy dosłownie każdą rzecz widzą w kontekście relacji polsko-niemieckich. Po drugie czytam komentarze, że wśród kibiców Bayernu Lewandowski jest nielubiany i niedoceniany, że nie jest legendą tego klubu, a w Barcelonie jest, bo miał mecz pożegnalny... Skąd w ogóle wniosek, że jest nielubiany? Bayern i Bundesliga wspominają Lewandowskiego w mediach społecznościowych tak jak każdego bardziej znanego piłkarza - z okazji urodzin czy różnych uroczystości. W przypadku Lewego najgłośniej robi się o nim przy okazji rocznicy słynnych pięciu goli strzelonych w krótkim czasie. W Niemczech uchodził raczej za piłkarza wycofanego i skupionego na pracy, profesjonalistę, niebrylującego w mediach jako śmieszek pokroju Thomasa Müllera. Nikt go jednak nie nienawidził ani nie żywił wobec niego złych emocji. Co ważne, ani w kontekście BVB, ani Bayernu Lewandowski nie wypowiadał się o jakichś uczuciach czy wierności klubowi (i ceniono tę szczerość), ale ten fakt stawiał go w cieniu wychowanych w Bawarii, mówiących dialektem i za młodu biegających w tyrolskich porciętach niczym Jerzy Urban za okupacji niemieckiej Schweinsteigera i Thomasa Müllera. Bayern - choć popularny na świecie BARDZO MOCNO akcentuje swojskość. Przy okazji bicia kolejnych rekordów kibice trzymali za niego kciuki. Nikt nie mówił: „Niech nie pobije rekordu, bo to Polak! NIEMIEC ma mieć rekord!”. ("Nie mówili, ale myśleli. A jak nie myśleli, to mogli pomyśleć!" - zaraz ktoś napisze). Przy okazji słynnego roku, w którym odwołano galę Złotej Piłki, wszyscy życzyli mu nagrody, bo... uwaga, to zawodnik mojego klubu. Z tego samego powodu Kane może być dziś popularniejszy. Nie wspomnę już o tym, że niemieckie środowisko kibicowskie jest dość mocno przesunięte na lewo. Wszelkie hasła w rodzaju „Niech Niemiec trzyma rekord, a nie Polak” są tam źle widziane. To nie Polska, gdzie w środowiskach kibiców nie wejdziesz z flagą LGBT. Kluby Bundesligi, popularnej ligi na świecie (choć ustępuje lidze hiszpańskiej, włoskiej i angielskiej), bardzo dbają o wizerunek daleki od wszelkiej prawicy, dyskryminacji itd... Oczywiście są wyjątki jak Dynamo Drezno, ale to nie wśród czołówki 1. Bundesligi. Z Lewandowskim w Niemczech kojarzę dwie sytuacje, w których zirytował kibiców. Pierwsza miała miejsce, gdy przy przejściu do Bayernu powiedział coś w stylu, że nareszcie czuje, że gra dla wielkiego klubu (kibice BVB poczuli niesmak...). Druga - gdy pod koniec pobytu w Bayernie chciał więcej pieniędzy, co w Niemczech jest generalnie słabo widziane. Jeśli w ankiecie internetowej sznycel z sałatką ziemniaczaną pokona schabowego z pierogami, to naprawdę nie będzie to plucie na Polskę, nienawiść do Polaków ani dowód na tysiące innych paranoi. Obecnych nie po tej stronie Odry, po której większość u nas zakłada.
🚨 🇩🇪 Przeprowadzono głosowanie na NAJLEPSZEGO NAPASTNIKA W HISTORII Mistrzów Niemiec i Lewy dostał zaledwie 4,9% głosów! 👀 Wygrał 🇩🇪 Gerd Muller z 74,5% głosów, a drugie miejsce zajął 🏴󠁧󠁢󠁥󠁮󠁧󠁿 Harry Kane - 16,9% głosów. Robert Lewandowski na trzecim miejscu z niecałym 5% poparciem. ℹ T-onlineDE
3
2
13
1,026
Każdy naród europejski ma jakąś tam swoją opowieść o sobie samym - jedni podkreślają więzy krwi, inni tworzą zbiór wartości, które trzeba spełniać, by należeć do wspólnoty, jeszcze inni łączą to z wiarą. Systemy te kształtowały się przez stulecia, również w konfliktach i sporach pomiędzy narodami europejskimi. I są to piękne akademickie dysputy, które mają jednak zerową przekładalność na współczesne realia masowych ruchów migracyjnych z Afryki, z którymi będziemy się mierzyć również w przyszłości (bo to, co działo się 10 lat temu, to nie koniec). Przy sporach granicznych z Niemcami bądź Rusinami moglibyśmy sobie mówić, że do narodu polskiego należy ten czy tamten, bo przejął polskie dziedzictwo duchowe. Potem Józef Unrug swoją postawą we wrześniu 1939 roku udowodnił, że przyjął to dziedzictwo duchowe, a jakiś tam inny tego nie udowodnił, bo gdy wojska niemieckie wkroczyły do Polski, ten jeszcze zapisał się do NSDAP. I wszystko jasne. Tylko że dziś nie mamy problemu na granicach z obywatelami Niemiec czy Litwy, lecz po pierwsze z masówką (to jest tutaj jedna z największych zmiennych), a po drugie z ludźmi, dla których powyższe rozważania będą czystą abstrakcją. Tu trzeba zacząć od podstaw, takich jak to, że obcych ludzi nie należy dotykać, że na kuchence gazowej robi się obiad, a nie rozpala ognisko wśród cegieł i że w życiu raczej trzeba pracować... Państwo chcecie uczyć macierzy i algebry ludzi, którzy nie znają tabliczki mnożenia do 100... Czytam inne niż Pana Wróbla reakcje na zaproszenie Bostona. Po pierwsze niebywałe jest dla mnie, jak bardzo dla wielu ludzi liczy się naczynie, a nie zawartość, esencja. Boston, w dość kontrowersyjnej obudowie, podaje na swoim profilu MASĘ badań i statystyk pochodzących głównie z anglosaskich uniwersytetów i amerykańskich służb, np. policyjnych. Dlaczego nikt nie potrafi się do tego odnieść? Po drugie, czytam, że Bostona zaorano, bo nie ma żadnej „wielkiej podmiany”, a po prostu korporacje ściągają ludzi, bo są tańsi, a tak w ogóle to ludzie z Afryki sami lgną do Europy, bo tu po prostu lepiej się żyje... Wielkie dzięki za to wyjaśnienie, naprawdę! Kłamstwo „wielkiej podmiany” obalone, problem rozwiązany, bo przecież jego SEDNEM było to, że oni sami chcą tutaj przyjechać i nie ma żadnego planu wielkiej podmiany. Swoją drogą niesamowite, jakim kagańcem, batem, kneblem i gombrowiczowską gębą na Zachodzie stał się "rasizm". Wystarczy przykleić łatkę i na niektórych działa jak pewna gwiazda w pewnych środowiskach 90 lat temu...
Na ch*ja komu polski, kulturowy, wspólnotowy nacjonalizm, skoro przecież można promować obcy naszej tradycji prostacki rasizm i stanąć w jednym szeregu z wszelkimi odmianami altrightowców, wcalenienazioli ("ale Adolf wiedziałby, co zrobić"), banderowców i resztą wyznawców ideologii dla małp, tyle że białych (no i śniadych, bo przecież Izrael też jest wzorem). Głęboki regres. Żeby jeszcze mógł być skuteczny, to pół biedy, ale przecież to tylko gadanie, które zrobi zasięgi, namąci ludziom w głowach - ale przecież niczego nie zbuduje. P. S. Nie, nie sprowadzajmy Hindusów.
7
3
1
90
3,738
🇵🇱🇺🇦🇷🇺Przepraszam bardzo, ale nie. Po pierwsze do Pana Kaczorowskiego jest mi bardzo daleko, ale słusznie (choć nieudolnie) wskazuje on, że kwestię „czy nie jest tak, że każdy zniszczony rosyjski czołg leży w interesie Polski” trzeba umiejscowić w odpowiednim kontekście. A kontekst jest taki, że obecnie i w niedalekiej przyszłości to nie rosyjskie czołgi same w sobie stanowią największe zagrożenie ze strony Rosji (o tym za chwilę) Rosja dysponuje (!)ponad dziesięciokrotnie(!) mniejszą liczbą czołgów niż ZSRR. Gdybyśmy dzięki Ukraińcom mówili o zejściu z liczby 20 000 czołgów do 3000, to tak - pełna zgoda. Robiłoby to różnicę. Rosja nie ma potencjału do zaatakowania całego NATO w sposób, w jaki zaatakowała Ukrainę, między innymi ze względu na różnicę w potencjale pancernym, ale też w kilku innych aspektach, w porównaniu z najlepszymi czasami ZSRR. I to jest właśnie ten kontekst. Po drugie sami wojskowi, ludzie służb, eksperci i analitycy zajmujący się Rosją wskazują, że głównym zagrożeniem są „działania hybrydowe”, testowanie granic itp. Nie pełnoskalowa inwazja, bo do niej Rosja potrzebowałaby wielokrotności tego, czym obecnie dysponuje. Nie 50 czołgów więcej. Po trzecie i chyba najważniejsze: co jest najważniejsze dla Polski? Oczywiście kształt przyszłego pokoju i warunki, na jakich zostanie zawarty. „A to jak Ukraina wykrwawia Rosję nie jest dla nas dobrze?" To bardziej skomplikowane i ważniejsze jest jednak pytanie, czy przedłużająca się wojna jest dla nas (i warunków pokoju) korzystniejsza. I być może nie, jeśli weźmiemy pod uwagę, że im dalej w las, tym gorsze warunki pokoju stawiane są Ukrainie, a lepsze Rosji. Co jeszcze ważniejsze i znamienne, sama Ukraina idzie na coraz większe ustępstwa. Na początku wojny mówiono jeszcze o powrocie do granic sprzed aneksji Krymu. Dziś gotowa jest już oddać sporą część terytorium. Obronić niepodległość to jedno. Czym innym i nawet trudniejszym jest zakończyć wojnę w najlepszym dla siebie momencie. A to nie zawsze oznacza, że "im dłużej, tym lepiej". I czy taki moment nie jest już za Ukrainą? Tego nie wiemy, ale jest to możliwe.
A tu ładnie @PatrykJaki gruzuje Kaczorowskiego. Tak, każdy rosyjski czołg zniszczony przez Ukraińców jest w interesie Polski. A ta zawieszka u Kaczorowskiego na pytanie o możliwość ataku na Polskę przez rosyjskie czołgi wiele o Kaczorowskim mówi
19
4
1
38
6,264
Czy ZSRR jest częścią waszego dziedzictwa? Tak, kiedy zakładał ONZ, wyzwalał Auschwitz i wysyłał człowieka w kosmos. Ale kiedy mowa o wszystkich zbrodniach, to już nie my. To Rosjanie. Żeby była jasność: zawsze powtarzam, że polityka historyczna ma służyć polityce zagranicznej, a prawda ma mniejsze znaczenie, niż się wydaje... Jeśli więc ludzie się nabierają, to znaczy, że wszystko jest robione dobrze.
Czy wiesz, że Ukraina była jednym z państw założycielskich Organizacji Narodów Zjednoczonych w 1945 roku? Od ośmiu dekad Ukraina wnosi wkład w działania ONZ na rzecz praw człowieka, praworządności, zrównoważonego rozwoju, a przede wszystkim — pokoju i bezpieczeństwa.
14
30
1
310
10,970
Parę słów ode mnie z okazji rocznicy III rozbioru Polski: Po pierwsze post Pana Marszałka polecam ze względu na bardzo bliskie mi krytyczne spojrzenie na własne gniazdo i własne działania, a nie pretensje do innych, że robią, co chcą (o tym za chwilkę). Tylko próbując podważyć wszystko, można odkryć, czego podważyć się nie da, a krytycyzm względem samego siebie, tak na poziomie jednostki, jak i państwa, jest jedyną drogą do sukcesu. Po drugie jest w nas sporo pretensji do innych, które w żaden sposób nie są rozwiązaniem i do niczego nie prowadzą, bo nie mamy na działania jnnych wpływu. Dotyczy to zarówno państw nam wrogich, jak i neutralnych, ale też sojuszników. Ten realizuje swój interes, ten jest sojusznikiem, ale czemu robi tak mało dla Polski, tamten jest sojusznikiem, ale niepewnym. Wnioski te przedstawia się jako odkrywcze, ale nie prowadzą one donikąd. Podstawowe pytanie brzmi: co Polska wtedy zrobi? To jest ważniejsze. I to jest niestety trudniejsze niż się oburzyć, wytknąć, że ktoś źle robi itd. Po trzecie naszymi częstymi wnioskami z zaborów są "wnioski" względem Rosji i Niemiec. A to, że to wyzwanie, a to, żeby nie ufać, a to, że chcą wpływów. Wszystko to w zasadzie oczywistości. Bo komu niby w polityce "ufać"? Kto nie chce wpływów? Ważniejsze jest to, że niestety nasze rozważania o „dwóch głównych” sąsiadach są częstokroć absurdalne, kłamliwe wręcz, bo łatwo bazować na negatywnych emocjach mówiąc o nich, są rzucaniem się od ściany do ściany i brakiem umiejętności odnalezienia się w różnych sytuacjach z tymi dwoma stolicami. W czasie napięć mówimy, że to dobrze, jak Rosja z Niemcami biorą się za łby (choć nie bardzo umiemy zdefiniować, co z tego mamy), a kiedy idzie ku porozumieniu, zawsze widzimy w nim zagrożenie, niezależnie od warunków. Anglosasi zaś, kiedy jest potrzeba konfrontacji z Rosją czy Niemcami klepią nas po plecach, przyznają "rację", którą tak kochamy mieć, a kiedy potrzeba dogadać się z nimi, robią z nas wariatów, przeciwników porozumienia, germanofobów i rusofobów. To wciąż lekcja do odrobienia. Po czwarte i ostatnie - czy wyciągnęliśmy wnioski z zaborów? Moim zdaniem niestety nie. Czy utracimy w związku z tym niepodległość? Moim zdaniem również nie, ale nie wiem, czy tylko dlatego, że nikt nie ma zamiaru bądź siły tej niepodległości zabierać. Wciąż za mocno pokładamy wiarę w obce stolice, ufamy im wręcz mocniej niż innym partiom w Polsce, co jest glupotą, absurdem i niestety kalką sprzed 150 lat. Ktoś powie, że nasze spory, ta cała wojna polsko-polska są podobne do tych, z jakimi boryka się cały Zachód i będzie mieć rację. Ja zadam wtedy pytanie: czy Polska aby na pewno jest w takiej samej sytuacji jak „cały Zachód”, że może sobie na to pozwolić? Politycy lubią nam powtarzać, że sytuacja międzynarodowa jest najniebezpieczniejsza od końca II wojny światowej. Po ich działaniach i wiecznej zabawie w piaskownicy, wykorzystywaniu polityki zagranicznej do celów wewnętrznych, średnio to widać. Czego życzyć Polsce w ten dzień? Być może po prostu w miarę spokojnego przejścia przez obecne czasy, żebyśmy w nowym światowym porządku dalej się rozwijali, a może znaleźli się w tej hierarchii państw odrobinę wyżej. I wiecznego przypominania, że nikomu, ale to absolutnie nikomu poza Polakami, nie będzie nigdy zależeć na Polsce. Tylko tyle i aż tyle.
231 lat temu, 24 października 1795 roku, Rosja, Prusy i Austria przypieczętowały III rozbiór Polski. Nie oddaliśmy wolności bez walki. Przeciwnie. Walczyliśmy mężnie i do końca. Była to jednak walka skazana na porażkę wobec miażdżącej przewagi wrogów i niekorzystnej sytuacji międzynarodowej. Przywykliśmy większość odpowiedzialności za rozbiory zrzucać na państwa zaborcze, które siłą i wbrew prawu wymazały nas z mapy Europy. Jednak upadek potężnego niegdyś państwa poprzedziły dekady osłabiania władzy państwowej, paraliż ustrojowy, zaniedbania w rozwoju armii, rozkład finansów publicznych oraz zdrada części elit, które własne interesy przedkładały nad dobro wspólne. Słabości te wykorzystywały i pogłębiały sąsiednie mocarstwa, ingerując w polskie sprawy bezpośrednio lub poprzez podporządkowane sobie elity. Gdy podjęto próbę naprawy państwa, znalazły się środowiska gotowe szukać pomocy przeciwko własnej ojczyźnie u obcych. III rozbiór zamyka w dziejach naszej państwowości okres, który daje zarówno powody do dumy, jak i do głębokiej refleksji. Wiemy, że państwo chcące istnieć i prowadzić niezależną politykę wymaga roztropnego i zdeterminowanego rządu, silnej armii, sprawnych instytucji, zdrowej gospodarki i elit politycznych zdolnych przedkładać interes państwa nad własne korzyści i oczekiwania obcych stolic. Wówczas tego wszystkiego zabrakło. Wyciągnijmy wnioski z tej smutnej rocznicy. Liczne podobieństwa naszej dzisiejszej rzeczywistości do czasu przed rozbiorami niech będą dla nas przestrogą.
9
11
99
9,446
O naszym obecnym MSZ słów kilka. Polecam. Pan Sikorski jest najbardziej przehajpowanym MSZ w III RP. Hajp wokół niego i ogłoszenie go wręcz najlepszym MSZ w historii wynikają głównie z braku zrozumienia, czym jest polityka zagraniczna. Jest ona poszerzaniem wpływów własnego państwa i czynieniem go silniejszym pośród innych, czasem w lepszych, czasem w gorszych warunkach. Nie polega zaś na moralizatorskich gadkach i retorycznych podskokach w stosunku do Rosji albo innych państw, bo współpracują z Rosją. A inni jeszcze stawiają to za wzór... Oczywiście czasem bywa tak, że retoryka na pierwszy rzut oka brzmiąca jak naiwne gadanie ma jakiś ukryty cel, jest pięknym opakowaniem dla realnego działania, ale to nie ten casus. U nas niektórzy serio widzą w tym esencję. Oczywiście, jak pisze kolega Master, pan minister doskonale zdaje sobie z tego sprawę, bo jest inteligentnym człowiekiem, a te wywody to typowa polityka zagraniczna podporządkowana polityce wewnętrznej.
29
33
2
318
14,964
Berücksichtigt man eine ganze Reihe von Faktoren - die Demografie (und dabei geht es nicht einmal um die Geburtenrate, sondern um die Unterschiede in der Bevölkerungsgröße zwischen den europäischen Staaten einerseits und den USA oder China andererseits), die Migrationskrisen, mit denen wir konfrontiert sein werden (denn hier muss man von mehreren Krisen sprechen), schließlich das Gesamtpotenzial eines Landes - dann wird deutlich, dass die europäischen Staaten allein im Wettbewerb mit den USA, China und vielleicht auch Indien nicht bestehen werden. Angesichts der Herausforderungen des 21. Jahrhunderts und der Situation, in der wir uns in Europa befinden, ist eine Art „europäisches Reich“ unverzichtbar. Andernfalls werden die europäischen Staaten, die einst die Welt beherrschten und untereinander um die Vorherrschaft konkurrierten, selbst von anderen gegeneinander ausgespielt werden (was bereits geschieht) und in der internationalen Politik in die zweite, mitunter sogar in die dritte Liga absteigen. Auf eines möchte ich besonders hinweisen: Es ist das Jahr 2026 und in Europa herrscht Krieg. Über diesen Krieg sowie einen möglichen Frieden und dessen Bedingungen verhandeln - und vermutlich auch entscheiden - nichteuropäische Großmächte wie die USA und Russland (wobei Russland insofern teilweise europäisch ist, als es ebenfalls zum europäischen System gehört). Manche sprechen sogar von China... Gut, dass Napoleon, Metternich, Bismarck und Königin Victoria dieses Europa nicht mehr sehen müssen. Sie würden vermutlich ein zweites Mal sterben … Wer die Idee einer europäischen Einigung in bestimmten Bereichen ablehnt (dazu gleich mehr), nur weil er die falsche Politik der Europäischen Union kritisiert oder ihr generell skeptisch gegenübersteht, macht einen Fehler. Gedanklich verharrt er im 19. Jahrhundert oder noch früher - in einer Zeit, in der die europäischen Großmächte miteinander konkurrierten und andere Staaten gegeneinander ausspielten. Heute sind es die USA, Russland und China, die Europa gegeneinander ausspielen. Die Idee der europäischen Zusammenarbeit sollte sich auf eine Handvoll, vielleicht ein Dutzend gemeinsamer Politikbereiche beschränken, in denen die einzelnen Staaten allein zu schwach sein könnten: ein Raumfahrtprogramm, die eigene Chipproduktion, eine gemeinsame Energie- und Rohstoffpolitik (wenn man bedenkt, dass der Kontinent nur über begrenzte Rohstoffvorkommen verfügt), eine gemeinsame Verteidigungspolitik und - im Umgang mit den größten Mächten der Welt - auch eine gemeinsame Außenpolitik. Entweder das, oder es geht weiter bergab, während man sich am Anblick alter Karten berauscht – des Deutschen Kaiserreichs, des Französischen Kaiserreichs, des Britischen Empire und so weiter... Und ich habe den Eindruck, dass manchen Vertretern der europäischen Rechten der Blick auf diese Karten tatsächlich schon genügt...
Teile der europäischen Rechten im vorpolitischen Bereich wollen mittlerweile leider auch ein europäisches Reich. Eine wirklich gefährliche und unsinnige Idee. Umso besser, dass sich die #AfD in diesen Tagen klar zum Kurs "Rückbau oder Austritt" bekannt hat.
22
5
3
39
3,615
Na dwoje babka wróżyła. Z jednej strony, jak już wielu wskazało, znacznie mniejszy odsetek społeczeństwa potrafił wtedy w ogóle czytać. Warto tu też dodać, że tego typu teksty (długie eseje pisane zazwyczaj przez jakiegoś specjalnego gościa) pojawiają się również we współczesnej prasie. Niemiecki „Der Spiegel” chyba do dziś ma "artykuł okładkowy", które zajmuje… 20-30 stron danego numeru Mówię „chyba”, bo już od paru lat nie miałem go w ręku. Z drugiej strony faktem jest, że umiejętność czytania ze zrozumieniem znacznie się pogorszyła. I to już nie w przypadku takich tekstów, ale zwykłych, dość prostych zdań. „Mama tańczyła w kuchni przy okazji gotowania pierogów dla swojego syna” NIE oznacza, że mama lubi tańczyć, ani że lubi pierogi, ani że kuchnia nadaje się do tańczenia, ani że syn lubi pierogi, ani że ktokolwiek z wymienionych czegokolwiek nie lubi... A ludzie niestety tak „czytają”.
Będąc w tym roku w Akwizgranie w Muzeum Prasy uświadomiłem sobie, jak dramatycznie spadły zdolności percepcji współczesnych ludzi. Widzą tu Państwo pierwszą stronę dziennika "l'Aurore" ze słynnym tekstem Émile'a Zoli "J'Accuse...!" - "Oskarżam!". poświęconego obronie Dreyfusa. Sześć szpalt na pierwszej stronie drobniutkim drukiem, a to jedynie część ogromnego tekstu. Ludzie to czytali. Proszę sobie teraz wyobrazić współczesnego 20-latka, który byłby w stanie wziąć taką gazetę i przez godzinę czytać taki tekst.
2
3
18
3,396
Prawdziwy problem ze skuteczną polityką integracyjną na masową skalę polega na tym, że nie tylko nikt nie wymyślił skutecznej, ale nikt nie wymyślił żadnej. Dyskusje na temat imigracji i integracji, zarówno w Polsce, jak i na Zachodzie, polegają na wypowiadaniu życzeń dotyczących tych procesów (imigranci powinni znać język, imigranci powinni pracować, imigranci powinni przyjąć polski kod kulturowy, imigrantów należy traktować dobrze, bo Polak też był imigrantem). Nikt jednak nie mówi, jak w praktyce tego dokonać, by te postulaty stały się rzeczywistością. Polska weszła już na drogę, którą wcześniej obrały kraje zachodnie, ale znajduje się na absolutnie początkowym jej etapie. Czy czeka nas to samo co Zachód? „Zachód” w kontekście imigracji to ogromne uproszczenie, bo sytuacja np. w Niemczech, jeśli chodzi o Turków i np. we Francji, jeśli chodzi o ludzi z byłych kolonii, jest pod wieloma względami odmienna. Niepokoją mnie jednak pojawiające się już w polskim społeczeństwie symptomy wypierania problemu i jego bagatelizowania - dokładnie takie, jakie widziałem kiedyś w Niemczech i co do których naiwnie myślałem, że ominą Polskę. Bo przecież przez tyle lat widzieliśmy ich problemy, ostrzegaliśmy i często drwiliśmy.
Ten kierowca żyje w równoległym społeczeństwie, gdzie liczba interakcji z Polakami jest minimalna-mieszka ze swoimi (a na pewno nie z🇵🇱), ogląda swoje filmy, strzyże się u swojego fryzjera, obiad je z bagażnika swojego krajana. Zero miejsca na integrację, nie mówiąc o asymilacji.
17
12
1
84
3,401
W całych tych dyskusjach o polityce historycznej należy zdać sobie sprawę z jeszcze jednej rzeczy, dla jednych banalnej, dla innych nie: Jest bardzo, bardzo, bardzo trudno zmienić z zewnątrz sposób myślenia o sobie samym i DNA danego narodu. I dotyczy to wszystkich, nie tylko Polski (że my za słabi czy coś). Jeśli Ukraińcy mają takich, a nie innych bohaterów, to jest ku temu jakiś powód, dla nich diabelnie istotny, tożsamościowy. Ofiary tych bohaterów niczego tu nie zmienią. Próby zewnętrznego wpływania na ten sposób myślenia spotykają się zaś z reakcją dokładnie odwrotną do zamierzonej, bo ktoś ma poczucie, że ktoś z ZEWNĄTRZ chce mu mówić, co ma myśleć o samym sobie. I można oczywiście organizować jakieś wykłady, wspólne dyskusje i panele, na których jakiś profesor powie, że w sumie Polacy mają swoje racje, a jakaś gazeta z Francji napisze o Wołyniu, lecz... czy w ukraińskich MASACH cokolwiek to zmieni? Tak sobie myślę, że dopiero będąc mocno zakorzenionym w dwóch narodach, człowiek może dostrzec, jak mały wpływ mają inne narody na rzeczywisty sposób myślenia ludzi. I powtarzam: dotyczy to wszystkich. U nas zaś wisienką na tym torcie, który dotyczy wszystkich, jest przeświadczenie, że cokolwiek zmienia prawda, że my jesteśmy ofiarami i że jeśli wszystko wyjaśnimy oraz spokojnie wytłumaczymy, to ktoś powie: „O kurczę... to ja już nie chcę tego bohatera, bo on robił komuś krzywdę”. A jak mawiał nasz klasyk, prawda jest jak dupa - każdy ma swoją. Tak to działać nie będzie. Dlatego moim zdaniem w polityce zagranicznej Polska - i to samo radziłbym każdemu innemu państwu - powinna wręcz dostosowywać politykę historyczną do polityki zagranicznej, tak jak robią to USA. Konflikt z Rosją? Wypominamy "zbrodnie Putina", zbrodnie Armii Czerwonej w Europie Środkowo-Wschodniej i zimną wojnę. Reset z Rosją? Zbrodnie Armii Czerwonej schodzą na dalszy plan, a my dostrzegamy wspaniały udział Rosjan w pokonaniu nazizmu i to, jak dobiliśmy targu na Alasce... I tak wiem, że Amerykanie nie doznali takich krzywd jak my, lecz to w omawianej kwestii niczego nie zmienia. Ale u nas mało kto tak myśli. Polityka historyczna jest u nas ważniejsza od zagranicznej, a powinno być na odwrót.
Te całe dyskusje o tym tym co powinniśmy robić w kontekście tego typu działań strony ukraińskiej, która ze zbrodniarzy z upa robi bohaterów to tak naprawdę są kwestią wtórną. I nawet jak to są słuszne słowa oburzenia i różne gesty z tym związane to tak naprawdę to nie rozwiązuje problemu. Jesteśmy w tym wszytskim reaktywni i działamy na objawy a nie na przyczyny. Czy nam się to podoba czy nie to tak jest tam ukształtowane społeczeństwo, a przynajmniej elity. Żaden nasz gest oburzenia nie rozwiąże problemu u podstaw i nie wydłubie DNA. Ostania dyskusja z @k_serpees w kwestii niemieckiej edukacji o IIWŚ i zmarginalizowania skutków wojny dla Polski i Polaków a jednoczenie zbudowania całego przekazu historycznego wokół holocaustu uzmysłowiła mi, że to może być kluczem. Zauważmy, że Niemcy nie mają żadnych wątpliwości że krzywda z ich reki spotkała Żydów, natomiast inne nacje są tu zupełnie wtórne. Być może my zamiast koncentrować się na pojedynczych reakcjach na zdarzenia jak te we Lwowie powinniśmy postawić bardzo poważne żądania w zakresie edukacji historycznej, żeby przerwać ten mit bohaterskiego upa przekazywanego z pokolenia na pokolenie. Jeśli tego nie będziemy żądać to nie liczmy na jakieś fundamentalne zmiany. Za każdym razem będziemy się musieli zadowolić doraźnym skutkiem. Nie jestem też naiwny i wiem, że tego sie nie uda uzyskać, ale przynajmniej ujawnimy istotę problemu. Pozdrawiam i do następnego wzburzenia po upamiętnieniu bohaterów upa. Znów się spotkamy 🙃 @TomaszPiasecki @BlumentalDoktor
9
4
32
2,350
🇵🇱🇺🇦Wiedzą Państwo, na czym polega tragizm naszych reakcji na tego typu zachowania? Po pierwsze na tym, że tego typu zachowania Ukraińców nie stanowią problemu dla silniejszych i ważniejszych od nas partnerów, więc można sobie na nie pozwolić, olewając Polaków z góry na dół, tym bardziej, że to temat ważny dla ukraińskiej tożsamości. Po drugie na tym, że Ukraińcy zdają sobie sprawę, że choć jesteśmy mniej ważni od innych, to mając do dyspozycji jakieś tam źródła nacisku (legendarne już zamknięcie lotniska, utrudnianie transportu itd.) i tak ich nie wykorzystamy - zresztą z kilku powodów. Nastała u nas era i moda na „sprawczość”, tymczasem jednym z mądrzejszych narzędzi polityki zagranicznej - tak bardzo u nas niedocenianym - jest milczenie. Mamy mnóstwo kierunków, w których potrafimy wyrazić oburzenie, sprzeciw i inne symbole, ale znacznie mniej takich, w których jesteśmy w stanie cokolwiek zdziałać. P.S. Jutro zapraszam na parę odpowiedzi zbiorczo na pytania z wczorajszego posta.
Decyzja Lwowskiej Rady Obwodowej, by 2027 rok był rokiem UPA i Szuchewycza, jest nieakceptowalna. Taka decyzja nie buduje wzajemnego zaufania między narodami, lecz wzmacnia podziały. Konieczne jest odcięcie się władz Ukrainy od tego stanowiska.
30
11
2
136
25,233
🇩🇪🇵🇱Parę punktów ode mnie do tego materiału: Po pierwsze jest to absolutne kłamstwo w odniesieniu do niemieckiej edukacji. Lata 1933–1945 są jednymi z najważniejszych tematów w niemieckich szkołach. Jest też sporo starożytności, jak dobrze pamiętam. Znacznie mniej jest natomiast historii Niemiec czy Europy sprzed XX wieku (skąd takie odpowiedzi tych dziewczyn, o tym za chwilę). Mało tego - II WŚ i Holocaust to wręcz kamienie węgielne RFN. Święta bazują na tym, a o tych kwestiach mówi się nieustannie, w kontekście dosłownie każdego tematu, tak że aż zacytuję klasyka z powojennego Breslau: „rzygać się chce do wiadra”. Ktokolwiek mówi, że Niemcy nie dyskutują o wojnie, nazizmie, poczuciu winy, odpowiedzialności (jakkolwiek je rozumieć) po prostu kłamie. Po drugie skąd takie reakcje? Jak było w szkole? Przyczyn jest parę: - Jest faktem, że wątek samej Polski w omawianiu lat 1933–1945 jest diabelnie zmarginalizowany, potraktowany jak po prostu okupacja jakich wiele, a także terytorium rozgrywania się Holocaustu. Dla Polski, której okupacja była znacznie brutalniejsza niż w innych krajach (a biorąc pod uwagę okupację pod administracją cywilną, a nie wojskową, może nawet najbrutalniejsza), jest to mocno krzywdzące. Wiele dyskusji o zbrodniach na Wschodzie zaczyna się od zbrodni po ataku Niemiec na ZSRR. - W dyskusjach o II WŚ w Niemczech dominują trzy rzeczy: dojście nazistów do władzy (przyczyny, wnioski itd.), arcyzbrodnia dla Niemców, czyli Holocaust, a następnie RFN jako lekcja po nazizmie i budowanie demokracji. Przebieg wojny, a już zwłaszcza okupacje poszczególnych krajów, są na dalszym planie. Dla Niemca okupacja danego kraju europejskiego wygląda jak w wielu filmach na Zachodzie: generalnie normalne życie, ale pod niemiecką administracją. Istnieje tam jakiś ruch oporu i jeśli ktoś w nim działa, ma problem, ale jeśli nie, to nie. Nie ma tu porównania z Polską. Moim zdaniem nawet „Pianista”, kręcony przez Polaka, przekłamał polską rzeczywistość, ale to temat na inny wpis. - Młodzież w Niemczech generalnie bardzo słabo zna historię - zarówno własną, jak i innych krajów. Zresztą w przypadku sporej liczby młodych ludzi w Polsce może nie być lepiej... Po trzecie trzy klasyki: - „Niemcy mówią «naziści», bo chcą zdjąć z siebie odpowiedzialność, bo to naziści, a nie Niemcy”. Nie. Każdy, dosłownie każdy, wie, że to Niemcy byli nazistami, którzy przejęli władzę w 1933 roku, ale ludzie, rozmawiając o tym, nie identyfikują się z nimi, więc nikt nie powie: „Jak to, my, Niemcy, zdobyliśmy Paryż?”. Brzmi to kontrowersyjnie w Niemczech bardzo. - „Widziałem ankietę, z której wynika, że ogromna większość Niemców uważa, że ich dziadek nie popełniał zbrodni. Jak to?!”. Jest to prozaiczne - nikt nie chce widzieć w swoim dziadku zbrodniarza, zwłaszcza że częstokroć nawet jak ten dziadek miał coś na sumieniu, to wnuczkom średnio się tym chwalił. Często był to temat tabu, innym razem wspomnienia dotyczyły działań wojennych. - "A reparacji czemu nie chcą płacić?" Bo jakkolwiek nie chcą identyfikować się z nazizmem, to nie chcą też brać odpowiedzialności za działania, na które nie mieli wpływu. Dochodzą do tego również ziemie jakie Polska otrzymała, które NIE były formą reparacji, ale liczy się fakt ich utraty przez Niemcy na rzecz Polski. A także fakt, że Niemcy są głównym płatnikiem budżetu UE, a Polska biorcą. P.S. Powyższy post jest próbą przybliżenia niemieckiego stanowiska. Nie muszą mi Państwo tłumaczyć, że my w Polsce patrzymy inaczej. Ja to wiem... ;-)
Miny tych młodych Niemek po tym jak usłyszały, że z rąk Niemców zginęło ponad 5 milionów Polaków w czasie II WŚ jest bezcenna i mówi wszystko xD Nie minęło 100 lat, a edukacja niemiecka całkowicie wypleniła z świadomości publicznej lata 1939-1945. Dramat.
62
27
2
270
23,209
Bardzo dobra diagnoza i piszę to bez krzty ironii. Rządy tak zwanej "skrajnej prawicy" w wielu krajach europejskich pokazały i nadal pokazują, że po pierwsze niewiele się zmienia, po drugie zaś - że nie jest to żadna skrajna prawica. Ich faktyczna zasługa polega jednak na tym, że w pewnych kwestiach (np. migracji) wskazali na realny problem, potrafili przekonać do tego ludzi i co najważniejsze, stanowią zaporę przed - tylko i aż retorycznym - powrotem do tego, co przez lata dominowało w całym spektrum politycznym. To ważne na początku, ale tylko na początku. Problem polega na tym, że rozwiązać tych problemów nie potrafią zaproponować ani oni, ani stary establishment. I z tego powodu mam taką obawę, o czym wspomniała dziś u mnie pod postem Pani @annadomagalczyk. Jeśli problemy będą nadal narastać, a rozwiązań wciąż nie będzie (zamiast nich pozostanie jedynie retoryka), to do władzy dojdą prawdziwi naziści i faszyści. Dosłownie prawdziwi - nie zaś żyjący w homozwiązkach z partnerką ze Sri Lanki, których wzorem jest Thatcher. Dojdą do władzy bynajmniej nie dlatego, że w końcu będą potrafili rozwiązać problemy, ale dlatego, że ludzie, zdesperowani, nie będą już wiedzieli, na kogo głosować…
Spoiler: Le Pen dojdzie do władzy, nie zrobi większości tego czego oczekiwał jej elektorat i zaraz wyrośnie jakiś Zemmour albo francuski Braun. We Włoszech już rośnie niejaki Vannacci, u nas tym samym były Konfederacje wobec PiSu.
19
18
3
190
14,609
Połonczyłem kropki, włonczyłem myślenie i może być znacznie gożej. To sięga głębiej. Rosja może penetrować całe systemy polityczne i odpowiednio zarządzać chaosem. Np. jedna partia sterowana przez Moskwę mówi, że jest za mały dostęp do edukacji i denerwuje młodzież. Potem druga partia (też sterowana przez Moskwę) buntuje młodzież i zachęca ją do wyjścia na ulice, zaś trzecia partia (również sterowana przez Moskwę) mówi, że młodzież jest głupia, czym tylko radykalizuje protestujących. Nasz spór PO z PiS też wydaje mi się sterowany przez Moskwę. Ale żeby tego było jeszcze mało, Moskwa, zgodnie z myślą Lenina o tworzeniu opozycji, którą można kontrolować (zamiast dopuszczenia do tego, by sama się stworzyła), stworzyła Konfederację, a potem doprowadziła do jej podziału. Rewolta Morawieckiego w PiS? Też Moskwa. Ale najlepsza była operacja „Prezydent”, którą Moskwa przygotowywała od lat: „Weźcie no tego historyka Nawrockiego i każcie mu pisać o dominacji radzieckiej nad PRL i o tym, żeby te pomniki burzyć... My go potem cyk na listę poszukiwanych, a potem myk na prezydenta Polski”.
czarne piątki wśród polskiej młodzieży. zamieszki we Francji, gdzie również pojawia się młodzież. czy to jest diabelski plan Rosji, by dzieciakami siać chaos, czyli zapowiadane ataki na ten sezon?
17
5
82
4,690
🇲🇫Przeglądam sobie zamieszki we Francji, zwane przez niektórych, dla zmylenia przeciwnika (czyli narodu) demonstracjami i mam dwa przemyślenia. Po pierwsze chyba największym symbolem jest demolka sklepu Francuzki, która próbuje przekonywać bandytów, żeby ją zostawili w spokoju, bo w zasadzie ich popiera. Bandyci oczywiście nie wykazali zrozumienia, gdyż wbrew rojeniom części ludzi nie mają z nimi tego samego interesu społecznego - troski o najuboższych, sprawiedliwości społecznej itp. Nie o to tu chodzi. Generalnie w ogóle ciężko nazwać tych "demonstrantów" częścią społeczeństwa. Po drugie komentarze. I to chyba ważniejsze - obserwuję je z niezmienną radością, ponieważ widzę powolne, ale jednak postępujące przesuwanie się okna Overtona. Jeszcze 20 lat temu komentarze wskazujące nawet nie na porażkę imigracji na Zachodzie (co dziś w zasadzie już jest oczywistością, powtarzaną przez wszystkich), ale choćby na to, że ma ona jakiekolwiek wady, uchodziły za ekstremizm i rasizm. W przypływach największej głupoty za neonazim wręcz. W zasadzie z miejsca definiowały człowieka jako skrajną prawicę (poza pewnymi wyjątkami jak duńska socjaldemokracja). Dziś jest diametralnie inaczej - krytyczne komentarze widzę zarówno po stronie lewicowej, jak i liberalnej. Komentarze stawiające dobrze znane chochoły pod tytułem „pokojowe demonstracje nic nie dają” albo „chodzi o dobro edukacji, a biali też czasem demolują” wciąż się zdarzają, ale coraz rzadziej... Komentarzy fanatycznie wręcz broniących bandytów prawie już nie ma, choć oczywiście i takie się zdarzają. Niektórzy koledzy z prawej strony - mam wrażenie - śnią o triumfie, w którym, wygrywając wybory i wykorzystując przy okazji obrazki takie jak te z Francji, śmieją się w twarz lewicy i liberałom, krzycząc: „Mieliśmy rację!”. Ale to nic nie daje, bo nawet po wygraniu wyborów większość nadal myśli inaczej, a w końcu przyjdzie przegrana - tak jak to bywa w demokracjach. I kółko się domyka bez większej zmiany. Tu chodzi o to, by to, co wczoraj było skrajnie prawicowe, dziś uchodziło za „niby masz rację, ale...”, a jutro stało się absolutną normą. Tu chodzi o to, by człowiek, który wczoraj bał się czegoś powiedzieć publicznie, bo to trochę dziwne, trochę wstyd, niby coś tam jest racji, ale ale ale...jutro przekonywał, że zawsze tak myślał. Dlatego tak naprawdę znacznie mniejsze znaczenie ma to, czy tu i tam wygrywa „skrajna prawica”. Nie na tym polega wygrana. Ten proces ma zachodzić i zachodzi w sercach i umysłach ludzi - ogółu, normików, ludzi nie interesujących się polityką. Nie u własnego elektoratu. Wolno i ogromnym kosztem, ale zachodzi. I to jest małe światełko w tunelu.
29
72
5
709
92,913
🇺🇸🇷🇺Drodzy Państwo - to jeden z moich ulubionych tematów: Amerykanie nie rozumieją Rosji - my im wytłumaczymy. Co prawda zbudowali najsilniejsze pod wieloma względami imperium świata, wygrali dwie wojny światowe (wygrali na serio, a jak niektórzy "przetrwali") i zimną wojnę z samą Moskwą, mają jedne z najpotężniejszych służb na świecie i ciągłość państwową sięgającą już setek lat (to bardzo istotne, a o tym, jak katastrofalne mogą być skutki jej złamania, wiedzą najlepiej np. Niemcy), ale nic nie kumają... I na nic te budżety (tajne, ale szacowane) sięgające dziesiątek miliardów dolarów. My na Twitterze za darmo mamy lepszy wgląd. A teraz już trochę poważniej: Podstawowym błędem, jaki popełniają polscy eksperci i publicyści w ocenie obecnej sytuacji (a co za tym idzie, w twierdzeniu, że „Amerykanie nie rozumieją Rosji”), jest zakładanie, że Amerykanie mają takie cele, jakie my chcielibyśmy, żeby mieli, czyli... pokonanie Rosji i taki sam punkt wyjścia, jaki my mamy. I tak próbujemy tłumaczyć, jak w cytowanym poście, że gdyby Amerykanie postąpili w określony sposób, mocniej uderzyliby w Rosję, nie rozumiejąc, że nie chodzi o to, by Rosję zbyt mocno uderzać. Przepychanka ma się toczyć na ustalonym poziomie, tak by zbyt mocno nie uderzać w siebie nawzajem, a starcie przenosić między państwa satelickie. Moskwa i Waszyngton mają od czasów zimnej wojny uruchomione tylne kanały komunikacji, które pozwalają utrzymywać ich przepychanki na odpowiednim poziomie, a dla nas bajki o imperium zła... Kto zarzuca Amerykanom przekładanie własnych wartości na państwa trzecie (co już samo w sobie jest piramidalną bzdurą, bo Amerykanie nawet w publicystyce tego nie robią, która zresztą stoi na znacznie wyższym poziomie niż nasz bełkot o starciu dobra ze złem i pisaniu „Rosja” małą literą), sam uwierzył w propagandę na temat konfliktu na Ukrainie. My niezmiennie jesteśmy zderzakiem, który próbuje tłumaczyć producentom, że trzeba tu inaczej myśleć, bo my się porysujemy w razie czego, nie rozumiejąc, że w tych wyścigach Rosji z USA właśnie po to jesteśmy... by się porysować. Kierowca ma wyjść cało, a nim jest potęga i wpływy USA. Polska? To jest poświęcenie, na które jestem gotów. Założę się, że w momencie jakiegoś konfliktu Polski z Rosją pojawi się masa tekstów pod tytułem: „Gdyby Amerykanie zrobili to i tamto, już byśmy wygrali, ale nie rozumieją...”, bez zrozumienia, że nie chodzi o to, by wygrać szybko, ale by wygrać przy jak najmniejszym nakładzie sił USA, a jak największym Polski i innych zderzaków.
unavailable
49
39
12
277
31,980
No one will ever, ale Ukraina dość mocno próbowała. Biorąc pod uwagę symboliczną politykę Ukrainy wobec nas, a także fakt, że w polityce realnej Kijów traktuje priorytetowo Waszyngton, Berlin czy Paryż, a nie Warszawę (to nie zarzut, a stwierdzenie faktu), takie umizgi są po prostu zbędne. Nawet jeśli ktoś w pełni popiera obecną, wschodnią politykę rządu, to czas najwyższy wyjść już z tej euforii wiosny 2022 roku.
We are not just neighbors. We are friends who can count on each other in difficult times. And no one will ever change that.
28
14
218
10,509
To jest niestety sprowadzenie sprawy do absurdu i postawienie chochoła, by go triumfalnie obalić. Po pierwsze nikt nie mówi, że Amerykanie stawiają bazę tylko po to, by uciec. Wskazuje się na to, że do użycia wojska z takiej bazy i ogólnie musi zostać wydana zgoda i że jest to decyzja polityczna. Można takie wojsko również zatrzymać z tryiumfalnym hasłem, że Polacy bronią się doskonale Po drugie nikt nie mówi, że co mądrzejszy polityk powinien przekonać Amerykanów, żeby stali na Bugu, bo to w ich interesie. Dokładnie na odwrót - wskazuje się, że niekoniecznie leży to w ich interesie. W ich interesie jest utrzymanie strefy wpływów jak najmniejszym kosztem. Im więcej Polska weźmie na siebie, tym lepiej... Po trzecie przyjmijmy prostą zasadę: zamiast popadać w skrajności pod tytułem „baza nic nie da, i tak uciekną” oraz „baza załatwia wszystko, baza = bezpieczeństwo”, pytajmy po prostu, co to za baza, jakie będą jej zadania, jaki konkretnie będzie jej wpływ na bezpieczeństwo Polski w razie W i jakie znaczenie ma fakt, że znajduje się w Polsce. Bo jeśli ma zajmować się dowodzeniem, analizą danych czy czymkolwiek podobnym, to zasadniczo nie ma różnicy, gdzie się znajduje. A jeśli nie ma różnicy, to może niech Duńczycy za nią zapłacą, skoro może stać u nich. Po czwarte poza pytaniami o to, czym ta baza będzie, po doświadczeniach z tarczą antyrakietową i innymi Fortami Trump zdajmy sobie też sprawę, że Amerykanie mogą wykorzystywać samą retorykę jako kartę przetargową wobec nas. Wystarczy bowiem, że powiedzą „będziecie mieli bazę, ale w zamian zgodzicie się na to i tamto”, a sporej części społeczeństwa i elit to wystarczy. Do czego ta baza ma służyć i czy w ogóle ma to znaczenie, przestaje wówczas mieć znaczenie.
Było nawet gorzej. Po co nam tarcza antyrakietowa, przecież Rosjanie wezmą ją na cel w pierwszej kolejności, a to wręcz pogorszy nasze bezpieczeństwo... Dziś z jednej strony baza jest niepotrzebna, a do tego jeszcze trzeba płacić, a przecież Amerykanie sami powinni nam finansować to, że ich żołnierze ryzykują własną skórą. Z drugiej, oczywiście lokalizacja w zachodniej Polsce świadczy, że Amerykanie rozstawią się tam tylko i wyłącznie w celu ucieczki. Bo, gdyby mieli zamiar nam pomagać w obronie, to przecież na ochotnika stanęliby na Bugu... W zasadzie, to co mądrzejszy polityk to powinien łatwo przekonać Amerykanów, że to jest nawet w ich interesie! Stanąć na Bugu i jeszcze nam płacić za dostęp do wodopoju dla koni! Jeśli tego nie ma, to zdrada stanu! A później niesie się ta głupota po pustych głowach niczym echo.
1
5
32
1,628
🇺🇸🇵🇱W nowym programie „Wieczór u Rymanowskiego” panowie @krzysztofbosak, @BartosiakJacek i Zbigniew Parafianowicz bardzo słusznie wskazali, że zanim zaczniemy ekscytować się nową bazą, nie mówiąc już o płaceniu za nią, wypadałoby konkretnie wiedzieć, do czego będzie służyć. Mam wrażenie, że większość ludzi, słysząc „baza USA”, oczami wyobraźni widzi już skoszarowanych żołnierzy pod bronią, gotowych do działania, gdy tylko wydarzy się coś złego. Tymczasem baza amerykańska może oznaczać centrum logistyczne, centrum dowodzenia bądź całą masę innych rzeczy, w przypadku których średnio robi nam różnicę w przypadku najgorszego, czy znajdują się w Polsce, Niemczech, czy np. w Norwegii (nie mówię o różnicy w prestiżu "jest u nas, a nie u Niemca!") Warto dodać, że Amerykanie wcześniej wstrzymali planowane rotacje żołnierzy do Polski (czasowo), później poinformowano o jej wznowieniu, a obecnie znów mówi się o zwiększeniu liczby żołnierzy. Amerykanie - o czym panowie również mówili w programie - lubią grać retoryką, bo wiedzą, że u nas samymi słowami można sporo ugrać. W przeciwieństwie do obywateli innych krajów Polacy nie tylko nie chcą wycofania wojsk amerykańskich, ale wręcz modlą się o ich jak największą liczbę. U nas wystarczy powiedzieć "będzie baza, a Polska najważniejsza i najodważniejsza!" Tak więc może zanim ogłosimy, że „jesteśmy gotowi zapłacić, bo bezpieczeństwo kosztuje”, ustalmy najpierw konkretnie, co to ma być za baza. O tym, że nawet 50 tysięcy skoszarowanych, gotowych w każdej chwili do walki żołnierzy musi najpierw dostać rozkaz prezydenta USA (czyli musi być decyzja polityczna), by walczyć (a może dostać również taki, że mają czekać, bo Polacy bronią się tak wybitnie, że pozostaje tylko patrzeć i podziwiać), nawet nie wspominam bo to przecież uderza w jedność NATO... Swoją drogą, mam taką radę: jeśli mają Państwo kredyt hipoteczny, proszę spróbować codziennie spacerować z żoną i dziećmi przed siedzibą banku, powtarzając, że nie trzeba płacić rat. Może uda się w ten sposób uderzyć w jedność umowy i nie będzie trzeba płacić…? Już widzę prezesa oddziału, jak krzyczy z okna: „Proszę w tej chwili przestać uderzać w umowę!”
🇵🇱🇺🇸 ❗️ @magdasobkowiak potwierdziła, że to Polska zapłaci za stałą amerykańską bazę w Polsce. - Bezpieczeństwo kosztuje. Jesteśmy gotowi za tę bazę zapłacić - stwierdziła w @RMF24pl, odnosząc się do wtorkowej wypowiedzi Donalda Trumpa na ten temat. Źródło: @BiznesINTERIAPL
6
2
48
6,017
To zjawisko, o którym tutaj piszę, dotyczy dziś całego Zachodu. Wszystkich, którzy myślą, że dotyczy to Polski, niezmiennie zachęcam do obejrzenia debat i programów TVP z wczesnych lat 90 (są na YouTube) na czele ze „Sto pytań do”. Naprawdę potrafiliśmy inaczej rozmawiać. Polecam zwłaszcza odcinek z Jerzym Urbanem - dodajmy, kręcony w czasach przełomu, gdy Urban nie był wesołym dziadkiem z YouTuba, ale Goebbelsem stanu wojennego. Nawet wtedy z nim potrafiono rozmawiać, a co jeszcze ciekawsze, potrafiono go na początku programu w normalny sposób przedstawić, nie zaś tak, jak robi się to dziś - diabelnie tendencyjnie i z góry postawioną tezą.
To jest absolutny standard rozmów… chciałbym napisać, że na X, ale coraz bardziej współczesnego świata. Dotyczy to i telewizji, często prasy, a nawet debat uniwersyteckich. Krytykujesz UE? Na pewno chcesz dla niej źle. Krytykujesz politykę wobec Ukrainy? Na pewno działasz na rzecz Rosji. Wojna z Chinami nie leży w interesie żadnego z państw europejskich? Mówisz w interesie Chin. Krytyka przestała być postrzegana jako coś dobrego i koniecznego. Pan @marcingielzak użył gdzieś pięknego i smutnego porównania, że współczesna dyskusja przypomina Mszę Świętą, a sam język nie służy wypowiadaniu myśli i argumentów, lecz chóralnym śpiewom. Ktoś rzuca temat nie z nadzieją na rozmowę kontrargumenty, wymianę, ale jak ksiądz: „Pokój z wami!”. I kto nie odpowiada „I z duchem twoim!”, tylko pyta, jaki pokój i czy na dobrych warunkach, ten jest wręcz wariatem albo zdrajcą. I na Mszy, która jest rytuałem religijnym, to oczywiscie normalne. W dyskusji - nie. Często czytam pod moimi wpisami: „Tego wariata XXX Pan cytuje?”. I za XXX wstaw kogoś, kto ma inne zdanie. Tylko z kim mamy rozmawiać? Z tymi, którzy się z nami zgadzają?
8
9
64
4,249